niedziela, 31 sierpnia 2014

Okrężna droga, czy skrót?

Kawka z ekspresu, czy rozpuszczalna? Jedna i druga wymaga czasu na sporządzenie. Kawka rozpuszalna wymaga jedynie zagotowanej wody, do sporządzenia kawki z ekspresu potrzeba więcej czynności, nawet jeśli korzystamy ze skrótów typu: pojemniczki z kawką i mleczkiem. Która lepiej smakuje? Kwestia gustu.
W osiągnięciu celu też wybieramy różne drogi. Przekonałam się wielokrotnie, że droga na skróty powoduje osiągnięcie sukcesu na krótki okres. Jeśli lepiej się przygotuje, stosując okrężne podejścia, sukces jest trwalszy, ma większy wymiar i gwarantuje wieloletnie zadowolenie.
Gdy człowiek jest młody, chciałby szybko osiągać sukcesy w różnych dziedzinach - szybko znaleźć dobrze płatną pracę, mieć wymarzone mieszkanie i idealnego partnera. Życie uczy, że stare przysłowie: „Co nagle, to po diable". Oczywiście znam  osoby, które szybko osiągnęły wymarzone cele, po czym nastąpiła katastrofa w postaci utraty pracy, czy partnera i zakończyła erę dobrobytu.
Obserwuję swoich znajomych, rodzinę i widzę, że lepiej wiedzie się osobom, które wolniej, rozważniej i właśnie okrężną drogą dochodzą do celu. Sukcesy lepiej budować na solidnych fundamentach.
Studiowałam kilka lat temu i też miałam możliwość obserwowania jak do egzaminu przygotowują się ludzie młodzi i starsi, często o jedno pokolenie. Młodzi ludzie (oczywiście nie wszyscy) stawiali na tak zwane ściągawki, licząc, że zdołają spisać na egzaminie. Przyznam, że sama przygotowywałam takie materiały, z jedną różnicą, gromadziłam na ściągawkach skompensowaną wiedzę. Łatwiej było się z tego uczyć, natomiast korzystanie z nich na egzaminie uważałam za zbyt ryzykowne. Podobnie jak kopiowanie prac z internetu. Jeśli zrobi się samemu ściągawkę wybierając z literatury, czy nawet robiąc notatki z wykładów, istnieje szansa, że wiele zostanie w pamięci. Korzystając z materiałów opracowanych przez inną osobę, nie mamy pewności co do jakości opracowania, poza tym nie zapamiętujemy nawet spisując z tych materiałów na egzaminie. Nadchodzi czas kolejnego egzaminu, z dalszego zakresu wiedzy, opierającego się na podstawach z poprzedniego zakresu i taka niedouczona osoba nie jest w stanie poradzić sobie.
Obserwowałam takich studentów i zastanawiałam się jak będą pracować, jeśli uda się im skończyć studia... Obserwując różne osoby w pracy mam odpowiedź, pomimo iż piastują kierownicze stanowiska.

W relacjach między kobietami i mężczyznami także nie warto iść na skróty.  Znam osoby, które zdobywają partnerów jak trofea, najważniejsza jest ilość. Jest to jakiś sposób na życie, nie zaprzeczam, ale z czasem staje się nudny. Potrzeba stabilności bierze górę nad fantazjami. Trofea stają się bardziej lub mniej przyjemnymi wspomnieniami i zostaje pustka... Czas robi swoje, młodzi niegdyś zdobywcy tracą na urodzie i sprawności zarówno fizycznej, jak i seksualnej, zostają sami, nikomu nie potrzebni. 

Zanim wybierze się drogę, warto skorzystać czasem z cudzych doświadczeń, nie koniecznie ryzykować, zakładając, że nam się lepiej powiedzie.

piątek, 29 sierpnia 2014

Powroty

Kawka jest napojem, z którym nie rozstaję się nigdy na długi czas. Powrót jest zawsze miły i rozsmakowanie po powrocie utwierdza mnie w przekonaniu, że był konieczny.

Rozstania w związkach, a po pewnym czasie powroty nie sprawdzają się. Jest takie stare powiedzenie: „nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody”, sprawdziłam - zgadza się. Nawet jeśli unika się zachowań, które doprowadziły do rozstania, taki związek ma marne szanse na przetrwanie.

Obie strony mają obawy, czy wyjaśnione być może problemy się nie powtórzą. Zaufanie jest naruszone, trudno jest zaufać ponownie. Wszyscy ludzie popełniają błędy i jak mówi kolejne powiedzenie: „Każdy zasługuje na drugą szansę”. Trudno jest jednak zapomnieć przykre doświadczenia. Codziennie dowiaduję się z różnych mediów jak znane osoby rozstają się, wracają do siebie, mam też znajomych, którzy rozstają się i wracają do siebie. 

Osobiście znam tylko jedną taką parę, której po powrocie udało się stworzyć dosyć trwały związek. Rozstali się w początkach związku, gdy kobieta zaszła w ciążę. Jakiś czas po rozstaniu, związała się z innym mężczyzną, ale ten związek także nie przetrwał. Po kilku latach wrócił do niej ojciec dziecka i od prawie 30 lat są razem.

Zadawano mi nie raz pytanie czy związałabym się ponownie z byłym partnerem, zrobiłam to tylko raz i dało mi to najlepszą nauczkę - nigdy więcej. Analizując wydarzenia, które skłoniły mnie zakończenia związków nie bardzo widzę możliwość powrotu, do któregokolwiek z nich. Ale znam osoby, dla których najważniejszą rzeczą w życiu jest bycie w związku. Pozwalają swoim partnerom na wielokrotne powroty, żeby tylko nie być singlem. 

Mam koleżankę, która od wielu lat daje kolejne szanse, wyniszczona kobieta, znerwicowana, ale ma męża... Dzieci już są dorosłe, więc może boi się samotności, z drugiej strony boi się powrotów, jeden strach goni drugi, mnie byłoby szkoda życia,  w końcu ma się tylko jedno. 

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozstanie

Rozstanie z kawką to bardzo przykre doświadczenie. Dwadzieścia lat temu musiałam rozstać się z nią na rok. Lekarz polecił mi picie kawki bezkofeinowej, bez cukru. Dla mnie to taka kawka bez kawki, wolałam wcale nie pić, niż pić taką kawkę bez kawki... Na szczęście, poznałam słodzik i mogłam wrócić do mojego ulubionego napoju. Dziś poznałam zdrowszy zamiennik cukru - ksylitol. Kawka z nim ma wspaniały smak, więc rozstałam się ze słodzikiem.

W życiu nie raz rozstajemy się z kimś lub czymś bezpowrotnie. Powody są bardzo różne. Kilka razy rozstałam się z mężczyzną z wyraźną ulgą, bo związek był bez przyszłości, a nawet wpływał na mnie destrukcyjnie. Znam natomiast osoby, które tkwią w takich związkach i nie są w stanie się rozstać. Czasem nie ma ku temu sprzyjających okoliczności ale dla własnego komfortu psychicznego warto podjąć decyzję o rozstaniu.

Niejednokrotnie, w różnych sprawach radzimy się osób z najbliższego otoczenia. Trzeba jednak pamiętać, że nie wszyscy są życzliwi, czasem doradzają rozstanie, bo sami chcą mieć korzyści lub z zazdrości, czy zawiści. Dlatego lepiej kierować się własnym rozumem, wziąwszy pod uwagę czynniki „za” i „przeciw”. Ostatnio rozstałam się z mężczyzną, który oznajmił mi, że „ustalił z mamą i z bratem, że nasz związek nie ma przyszłości”, tak, z mamą i z bratem... Nie musiałam z nikim się konsultować, natychmiast zakończyłam tę znajomość. Szkoda czasu na kogoś, kto nie ma swojego zdania. 

Zdarza mi się słyszeć rady ludzi, którzy sami nie mają doświadczenia w sprawach, w których udzielają rad. Z reguły nie biorę takich rad pod uwagę, czasem jednak są to ciekawe spostrzeżenia. Koleżanka, będąca w związku z jednym mężczyzną od ponad 20 lat radzi innym jak mają się rozstać. Mnie też czasem próbowała radzić, przeważnie wyraża swoje zdanie biorąc pod uwagę swój punkt widzenia, nie licząc się z okolicznościami, o których nie ma pojęcia. Mam bardzo różne doświadczenia jeśli chodzi o rozstania. Z większością osób rozstałam się, ponieważ mnie skrzywdziły albo mnie nie szanują. Gdy rozstanie było spowodowane różnicami światopoglądowymi, zdarza się, że odpowiem na próbę kontaktu. 

Niekiedy wystarczy rozmowa z partnerem, wyjaśnienie swoich obaw, czy niezadowolenia, zrozumienie drugiej strony sprawia, że ludzie nie rozstają się. Ale bywa też tak, że nie da się porozumieć, trudno osiągnąć kompromis. 

Trudno powiedzieć co jest najczęstszym powodem rozstań, wydaje mi się, że różnice w postrzeganiu świata, w podejściu do różnych spraw, różne cele życiowe, także wpływ osób trzecich. Związki między ludźmi powstają gdy pojawiają się wspólne tematy do rozmów,  wzajemna sympatia, pożądanie... Ale nic nie trwa wiecznie. Z czasem tematy do rozmów kończą się, pożądane słabnie, a sympatia przeradza się w irytację. Znoszenie na dłuższą metę sytuacji, która nam nie odpowiada może wywołać, na skutek stresu, wiele chorób, a nawet spowodować śmierć, nie ma sensu, więc lepiej jest zastanowić się czy warto.

Koszty rozstania są czasem bardzo duże. Będąc z kimś w związku, wspólnie gromadzi się jakieś materialne zasoby. W momencie rozstania zwykle następuje podział dóbr, co powoduje kolejne sytuacje stresowe ponieważ strony rzadko są zgodne w sprawie podziału. 

Miałam w życiu wiele takich sytuacji, gdy musiałam podjąć decyzję czy np. dalej pracować w tej samej firmie, czy pozostać u boku mężczyzny, który nie jest zaangażowany w związek tak, jak ja, czy nadal przyjaźnić się z kimś, na kim się zawiodłam. Rozstania nie są łatwe, także powodują stres, ale krótkotrwały, później może być już tylko lepiej. Ważne jest by rozstanie potraktować jako lepsze rozwiązanie, jako doświadczenie życiowe i nie powielać zachowań, które mogły doprowadzić do rozstania. To bywa trudne, ale jest możliwe. 

środa, 27 sierpnia 2014

Muzyka cz. 3 - Taniec

Poranek z kawką,  tworzy wspaniałe zestawienie, podobnie jak muzyka i taniec. 

Taneczne pląsy towarzyszyły ludziom od najdawniejszych czasów. Są na to dowody w postaci rysunków przedstawiających tańczące sylwetki na ścianach jaskiń, na starożytnych naczyniach, w egipskich piramidach, wszędzie tam, gdzie mieszkali ludzie. 

Pochodzę z dosyć roztańczonej rodziny, wszyscy lubimy tańczyć. Moi rodzice często chodzili na tańce, w związku z tym dosyć wcześnie poznałam tańce klasyczne. Tango, walc, rock & roll, twist itp. Obserwując tańczące pary, chciałam umieć tak tańczyć jak one. Mając poczucie rytmu nauka różnych tańców nie stanowiła dla mnie trudności.

Dorastałam w latach siedemdziesiątych, gdy swoją działalność rozpoczęły dyskoteki. Pierwsza, do której trafiłam, to był klub „Hybrydy”. Był to klub studencki, chociaż było ciasno, to muzyka, która była tam grana odpowiadała mi, wszyscy tańczyli razem. Szybko opanowałam dyskotekowy styl tańca, był dosyć prosty, bo każdy ruszał się w dowolny sposób, ale w rytmie granych utworów. Film „Gorączka sobotniej nocy” był wówczas dobrym instruktażem. Dyskoteki spopularyzowały taniec bez partnera, co dla osób samotnych nie było bez znaczenia, wcześniej bowiem na tańce chodziło się wyłącznie z partnerką bądź z partnerem.

Na początku lat osiemdziesiątych poznałam klub studencki „Medyk”, gdzie była ogromna sala, a więc wystarczająco dużo miejsca, żeby tańczyć także w parach. Chodziłam tam prawie w każdą sobotę, nigdy później nie wytańczyłam się tyle co tam. Tańce rozpoczynały się o 20 - tej i trwały do 4 - tej rano. To była bardzo dobra godzina na powrót do domu, bezpieczna. Nie było tam w sprzedaży alkoholu, sprawdzano też przy wejściu, czy ktoś nie próbuje go wnieść. W związku z tym,  było spokojnie i bezpiecznie. Co tydzień przychodziły prawie te same osoby, więc po kilku tygodniach miało się wielu znajomych, miałam nawet stałego partnera do tańca, takiego, z którym tańczyło mi się najlepiej. W tańcu też trzeba się dobrać, wyczuć wzajemnie, żeby dobrze się bawić.

Przychodziła tam jedna para, która trenowała taniec towarzyski, wokół nich zawsze zbierała się publiczność, bo tańczyli wspaniale, widać było, że to profesjonaliści.  Dużo się od nich nauczyłam obserwując jak tańczą, myślę, że nie tylko ja.

Dziś można popatrzeć na tańczące pary nie wychodząc z domu, w telewizji są programy, w których pary rywalizują o różne trofea w konkursach tańca.

Widać, że między partnerami w tańcu występuje jakiś rodzaj więzi, porozumienia, wyczucia. Nie z każdym można tak się zgrać. Zdarzało mi się tańczyć z partnerami, którzy bardzo chcieli tańczyć, a nie mieli poczucia rytmu, w takich sytuacjach, to nie jest taniec tylko męka. Jeden z filmów o tańcu - „Footloose” pokazał, że jeśli bardzo się chce, to można nauczyć się wyczuwać rytm, potrzebne są tylko cierpliwość i ćwiczenia. 

Perkusja to instrument, który nadaje utworowi rytm. Przeważnie poruszamy się w tańcu zgodnie z tempem nadawanym przez perkusję. To mój ulubiony instrument. Nie każdy ma słuch muzyczny, ale gdy wsłucha się w dźwięki perkusji w utworze, łatwiej będzie podążać za partnerem w tańcu. Słuch muzyczny oczywiście ułatwia sprawę.

Miałam kiedyś partnera, który był prezenterem w dyskotekach, poznałam wtedy kilku prezenterów. Co było ciekawe, świetnie potrafili miksować - dobrać ze sobą utwory o podobnym rytmie - a niewielu z nich umiało tańczyć. Poznałam też różne ciekawostki o imprezach tanecznych. Jeden z prezenterów, grał między innymi imprezy taneczne dla osób głuchych, dla tych osób rytm do tańca wskazywały światła, to bardzo ciekawe, nie spodziewałam się, że osobom, które nie słyszą, także w duszy gra. Grał też imprezę dla osób, poruszających się na wózkach inwalidzkich. Taniec sprawiał im wiele radości.

Dwa lata temu bawiłam się na weselu prowadzonym przez prezentera, korzystającego ze swojej płytoteki. Wiem, że młoda para sama wybierała utwory, które miały być zagrane, biorąc pod uwagę zarówno upodobania osób starszych jak i młodszych. Bardzo podobało mi się takie rozwiązanie.

Spotkałam się też z osobami, które twierdziły, że nie lubią tańczyć. Niektóre z nich nigdy się nie uczyły i pewnie dlatego nie lubiły. Nie wiem jak jest obecnie w przedszkolach, czy szkołach z nauką tańca. Gdy ja uczęszczałam do przedszkola, czy później moje dziecko, były tam zajęcia z rytmiki, ale to od rodziców zależy, czy dziecko będzie się dalej rozwijać w jakiejś dziedzinie, taniec należy do jednej z nich.

W ostatnich latach byłam też na kilku imprezach tanecznych, w rożnych lokalach, nie porywa mnie muzyka grana obecnie do tańca. Może to wina lokali, do których trafiłam, były wybrane przez moich znajomych jako świetne miejsca do zabawy. Co innego na imprezach prywatnych, wybór muzyki należy do osób, które organizują takie imprezy, z reguły znających gusta swoich gości. 

Taniec wzbudza pozytywne emocje, poprawia sprawność fizyczną, wykorzystywany jest w terapii różnych chorób ograniczających sprawność ruchową. Będąc na turnusie rehabilitacyjnym, zorganizowanym dla osób z chorobą Parkinsona, zauważyłam,  że więcej było chętnych do tańca na wieczorkach tanecznych niż na zajęciach z gimnastyki. Bardzo wzruszające było osiągnięcie jednego z pacjentów, który jadąc na turnus nie był w stanie sam chodzić, a po dwóch tygodniach rehabilitacji i kilku wieczorkach tanecznych, na ostatnim wieczorku poprosił do tańca swoją żonę i powolutku z nią tańczył.

 Polecam taniec każdemu, poprawi humor i kondycję.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Pech

Gdy rano spieszę się i kawka się rozleje to dla mnie pech, bo zrobienie nowej pochłania cenne minuty, których, zwłaszcza rankiem bardzo brakuje.

Wydaje się, że pech to działanie, które nie zawsze jest przez nas wywołane, wyraźnie przeciwko nam, przeszkadzające w osiągnięciu celu, a często całkowicie uniemożliwiające. Zastanawiamy się, kto za tym stoi, albo co z nami jest nie tak, że różne okoliczności nam przeszkadzają.

W latach osiemdziesiątych oglądałam komedię z Pierrem Richardem „Pechowiec”. Jeden z bohaterów tego filmu zajmował się badaniami na temat pecha. Zasugerował, że jeśli jednego pechowca pośle się w drogę ta samą trasą, którą wcześniej pokonywał inny pechowiec, to przydarzą mu się podobne przygody. Oczywiście był to film fabularny, do tego bardzo zabawny. Nie badałam tego zjawiska dogłębnie i trudno mi uwierzyć w taką zależność.

Zauważyłam, że ludzie pechem przeważnie nazywają okoliczności, w których się spóźniają na spotkania albo do pracy. Jeśli spóźnienie występuje rzadko, to jestem w stanie uwierzyć, że przeszkoda, która nie pozwoliła na przybycie takiej osobie punktualnie mogła być niezależna od tej osoby, ale gdy spóźnienie ma miejsce za każdym razem, trudno mi uwierzyć w pecha.

Mam koleżankę w pracy, pracujemy razem już 10 lat. Dni, w które przyszła punktualnie do pracy to są przypadki, ponieważ spóźnia się nagminnie. Już kiedyś pracowała ze mną taka osoba i zachowywała się identycznie. Wpadała do pokoju z hukiem, i różnymi historyjkami o komunikacji miejskiej, zaciętych zamkach w drzwiach, wypadkach samochodowych i tym podobnych. Doszłyśmy do wspólnego wniosku z inną koleżanką, że ta spóźnialska mogłaby pisać bloga o przeszkodach, które mają wpływ na punktualne przybycie do pracy. Jest to niesprawiedliwe w stosunku do innych współpracowników, bo osoba, która spóźnia się do pracy codziennie po 20, czy 30 minut, pracuje krócej. Poza tym gdy jej nie ma,  trzeba ją zastępować. 

Najczęściej ludzi powołują się na pecha, gdy się spóźniają. Punktualność wyniosłam z domu, Mama tłumaczyła mi, gdy byłam dzieckiem, że kultura osobista wymaga tego, by być punktualnym. Swojemu dziecku przekazałam tę samą naukę. Poprzez punktualność okazujemy szacunek komuś, z kim się umawiamy na konkretna godzinę. 
Zaobserwowałam, że wychodząc z domu o tej samej porze, jadąc autobusem do pracy spóźniam się około dwóch, do pięciu minut, natomiast jadąc tramwajem i trochę nadkładając drogi, jestem w pracy dziesięć minut przed czasem, zmieniłam więc środek lokomocji na tramwaj i po sprawie. Dodatkowo, w tramwaju mogę pisać bloga bo mam wygodniejsze miejsce siedzące niż w autobusie. Same korzyści.
 Zauważyłam też, że niektórzy sprowadzają na siebie tego przysłowiowego pecha. Wybierając się gdzieś, z góry zakładają, że będą jakieś przeszkody, a później powtarzają sobie: „wiedziałam/łem, że tak będzie”.  Staram się myśleć pozytywnie, więc zbyt często pech rzadko mnie  dopada. W takich przypadkach staram się wykorzystać pecha do osiągnięcia czegoś pozytywnego. Jeśli dwa razy pod rząd przytrafi mi się coś przykrego w podobnych okolicznościach, jest to dla mnie raczej nauczką, by coś zmienić. 

Pechowe zdarzenia powinny czegoś uczyć, chociażby przestrzegać, że zachowanie się w określony sposób może być powodem niepowodzenia, a nawet katastrofy. Wrócę do wydarzeń opisywanych w poście „Bezmyślność”. Czy to można nazwać pechem, że dwie pary rodziców, mniej więcej w tym samym czasie zginęły na oczach dzieci? Czy przechodząc przez barierki zabezpieczające krawędź klifu trudno było przewidzieć upadek? Albo, że przy temperaturze około trzydziestu stopni trwającej przez dwa miesiące, może się zawalić lodowiec?

Jeśli włączymy myślenie, to pech będzie nas prześladował znacznie rzadziej. 

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Styl

Najlepiej smakuje mi kawka przyrządzana w wypracowanej przeze mnie, latami, stylizacji. Nie znaczy to, że piję kawkę tylko w mojej stylizacji, ale nie wszystkie podobają mi się i nie wszystkie smakują. Do kubeczka lub filiżanki mam odpowiednie łyżeczki. Goście wybierają sobie zastawę, w której kawka najbardziej będzie im smakować.

Od kilku lat, coraz więcej słychać o stylistach i stylizacjach. Kiedyś dzięki oryginalnym pomysłom powstawały style, charakterystyczne dla różnych epok. Style zawsze mieszały się ze sobą tworząc coraz ciekawsze i bardziej różnorodne. Dziś, w zasadzie, ludzie ubierają się, czeszą, malują, czerpiąc inspiracje z wcześniejszych stylizacji, dodając swoje pomysły. Oczywiście bezpieczniej jest poradzić się specjalisty, ale wtedy, taki styl może stać się bardziej jego wizją niż naszą.

Prawdę mówiąc, ja nigdy wcześniej nie słuchałam rad stylistów. Ubierałam się, malowałam w wymyślony przez siebie sposób. Mnie się podobało, a czy podobało się innym, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Od kilku lat słucham rad, to dla mnie nowe doświadczenie, bo jestem indywidualistką. Nauczyłam się jednak brać pod uwagę zdanie kogoś, kto się na tym zna. Wiele osób wypowiada się na temat mojego wyglądu w rożny sposób, jednym się podoba, a innym - nie. Nie każdy wypowiada się szczerze, więc nie wszystkie zdania biorę pod uwagę. Nie jest łatwo mnie przekonać do zmiany czegoś w moim wyglądzie, do czego się przyzwyczaiłam z racji np. wygody.

Zacznę od manicure, bo paznokcie to część mojego wizerunku stylizowana najwcześniej. Paznokcie zaczęłam malować już w wieku 10 lat. Może dziś to nie dziwi, ale w latach, gdy chodziłam do szkoły podstawowej  nie było to na prządku dziennym. Lakiery do paznokci były wówczas głównie w różnych odcieniach czerwieni. Do szkoły nie wolno było iść z pomalowanymi paznokciami, oczami czy ufarbowanymi włosami, ale wakacje, to był czas takiej wolności. 

Kilkanaście lat temu zapragnęłam mieć na paznokciach fiolet. Nie mogłam dostać nigdzie takiego koloru jak mi się podobał, nie udało mi się uzyskać nawet gdy mieszałam ze sobą odpowiednie kolory. Po kilku latach pojawiła się profesjonalna usługa - stylizacja paznokci. Oczywiście wcześniej też były salony manicure i pedicure, ale usługi te polegały głównie na pielęgnacji dłoni i stóp oraz skracaniu paznokci i malowaniu paznokci.
Stylizacja paznokci polega na opracowaniu, wymodelowaniu kształtu paznokcia, pokrycie naturalnej płytki akrylem lub żelem o naturalnym lub dowolnym kolorze, a także pokrycie artystycznym, dowolnym wzorem. 

Właśnie akryl znalazłam w takim kolorze - fioletu - o jakim marzyłam. Przez kilka lat nosiłam na paznokciach wyłącznie fiolet, niekiedy z ozdobami. Teraz pozwalam zrobić sobie inne kolory, nie koniecznie zgodne z najnowszymi trendami, ale rzucam mojej stylistce pomysł koloru i razem ustalamy efekt końcowy, z reguły, słucham się... i nie żałuję.

Podobnie było z fryzurą. Od wielu lat noszę na głowie afro. Jest to dla mnie najwygodniejsza fryzura gdyż moje włosy są cienkie i nie dają się układać. Ponieważ chodzenie co kilka dni do fryzjera, czy spanie na wałkach podkręcających włosy wymaga cierpliwości, nakładów finansowych i pozbawienia się wygodnego snu, wybrałam najwygodniejszą opcję - dwa razy w roku robię trwałą ondulację i włosy mam ułożone nawet bez specjalnego czesania. Do rezygnacji z tego zabiegu nikt mnie nie namówi... Natomiast kolor włosów to już inna sprawa. Mój naturalny kolor to ciemny blond - według mnie totalnie nieciekawy kolor. Większość farb, które stosowałam w życiu to różne odcienie mahoniu i fioletu, miałam też epizod z blondem, ale ponieważ wyglądałam koszmarnie jako blondynka, było to jednorazowe doświadczenie. Niedawno byłam w sklepie kupić sobie farbę, którą dotychczas kupowałam - ciemny fiolet. Niestety, akurat zabrakło tego odcienia. Podjęłam wtedy odważną decyzję - kupiłam granatową czerń. Ku memu zdziwieniu, wiele osób powiedziało mi, że dużo lepiej mi w tym kolorze i tak oto zostałam brunetką.

Dziś dziewczęta i chłopcy bardzo wcześnie rozpoczynają stylizowane, najczęściej na swoich idoli lub przedstawicieli różnych subkultur. Gdy byłam dzieckiem, później nastolatką, popularny był ruch hippisowski i młodzież stylizowała się na tak zwane „dzieci-kwiaty”. Bardzo podobała mi się ta moda, ponieważ wnosiła sporo kolorytu w ówczesny szaro-brązowy nastrój panujący w Polsce. Długie włosy, bluzki z frędzlami, haftami, kolorowymi guzikami, spodnie z obciętymi nogawkami (ja mogłam tylko podwinąć - Mama nie pozwoliła mi obciąć...), albo z wyciętymi dziurami i malowane trampki. Nie wszystko można było założyć do szkoły, dyrektorzy szkół wymagali wtedy jednolitych strojów, więc na tę kolorową odzież zakładało się granatowy fartuch.

Inne kontrkultury stylizowały się w ciemniejszych barwach, skinheadzi golili głowy, punki stawiały kolorowe włosy, u gotów przeważał kolor czarny, a metalowcy nosili łańcuchy, „pieszczochy” i tym podobne ozdoby. Obecnie można spotkać wszystkie te stylizacje i powstające wciąż nowe. Ciekawsze są oczywiście tworzone indywidualni, wyróżniające się z tłumu. 

Nie lubiłam ubierać się tak samo jak moi rówieśnicy, nie podążałam za modą. Gdy wiedziałam, że coś jest modne to wręcz uciekałam od tego. Zdarzało się, że coś, co było modne podobało mi się. Na przykład spodnie. Bardzo podobał mi się fason zwany -„rurki”. Miałam wtedy znajomego krawca, który szył mi spodnie i nawet nie chciał słyszeć i takich wąskich nogawkach. Przekonałam go, by uszył mi takie jak chciałam, tak samo jak kilka lat później do uszycia spodni z szerokimi nogawkami, które wyglądały jak spódnica.

Wśród moich znajomych mam wiele osób wyglądających podobnie, może nie chcą się niczym wyróżniać, to też jest jakiś wybór... Są też takie, które chcą się wyróżniać, ale naśladując dokładnie inne osoby. Nie mają swoich pomysłów, a usiłują uchodzić za oryginalne. Mam taką koleżankę, która zachwyca się jakąś częścią garderoby, lub dodatkiem, a nawet gadżetem używanym przez jakąś osobę i stara się w najbliższym czasie wejść w posiadanie takiej samej rzeczy tylko po to, by taką, czy inną rzecz mieć. 

Tak było w przypadku, gdy kupiłam sobie w prezencie pióro (któreś z kolei), a do niego fioletowy atrament (miałam taką fazę na fiolet przez kilka lat). Gdy zobaczyła, że piszę na fioletowo, natychmiast zapragnęła pisać piórem, chociaż pisze długopisem, oczywiście na fioletowo. Pióro dostała od narzeczonego, poprosiła mnie o zakup wkładów do pióra z fioletowym atramentem i na tym się skończyło... Pióro leży, wkłady też... Ja już zdążyłam zmienić kolor atramentu, którym piszę.

Znajomość stylu bliskich osób bardzo pomaga w dobraniu na przykład prezentu. Pisałam o tym w poście „Prezenty”. Kupienie jakiegokolwiek drobiazgu, czy nawet kwiatów dobranych do stylu jaki preferuje obdarowany na pewno zwiększy jego radość. 

Niektórym stylizacja innej osoby po prostu nie pasuje, wyglądają źle, a często groteskowo. Bycie oryginalnym „na siłę”, zestawienie ze sobą kilka różnych stylizacji, może spowodować nadmierną oryginalność, która rozśmieszy zamiast wzbudzić zainteresowanie czy podziw. Warto poradzić się w tej sprawie fachowca.

sobota, 23 sierpnia 2014

Zawód - kierowca

Kawka działa pobudzająco, podczas pracy ma działanie niejednokrotnie zbawienne. W niektórych zawodach jest nieodłącznym towarzyszem, zawód kierowcy do nich należy.

Znam kilku zawodowych kierowców, mam na myśli oczywiście tych, którzy zarabiają na życie wożąc ludzi lub towary. Kilkadziesiąt lat temu, kierowców było niewielu, zwłaszcza po drugiej wojnie światowej. Przeważnie mężczyźni wykonywali ten zawód, a wielu zginęło podczas wojny. Zawód kierowcy jest niebezpieczny. Codziennie słychać o różnych wypadkach, giną w nich kierowcy i pasażerowie. Kiedyś nie było tylu wypadków, ale samochodów było mniej, nie rozwijały tak dużych prędkości jak produkowane obecnie.

Kierowca, to stanowisko, które w pewnym sensie jest stanowiskiem kierowniczym i wielu kierowców zachowuje się tak, jakby byli najważniejsi w firmie. Często słyszałam jak opowiadali o swoich szefach, którzy bez nich nie wiedzieli by jak kierować firmą. Oczywiście wiele osób krytykuje swoich szefów, kierowcy nie są wyjątkiem, ale właśnie od nich najwięcej słuchałam na ten temat. Znałam kierowcę karetki pogotowia, który uważał się za lepszego specjalistę niż lekarze, z którymi jeździł. Czasem jeżdżę taksówkami, to dopiero są specjaliści, w każdej dziedzinie... 

Znałam też takich,  którzy wykonują swoją pracę nie zajmując się plotkami. Sama jestem kierowcą, tylko amatorem, mam prawo jazdy od wielu lat, nie pracowałam w tym zawodzie, ale będąc córką zawodowego kierowcy miałam kiedyś dosyć często kontakt z zawodowymi kierowcami. Podziwiałam umiejętności tych, którzy potrafili podjechać dużym, ciężarowym samochodem, z dokładnością do kilku centymetrów w miejsce załadunku, to jest sztuka.

Ojciec mojej szkolnej koleżanki w latach 70' i 80' jeździł TIR-em, głównie za granicę. Prawie nie było go w domu. Przywoził jej mnóstwo prezentów, a drobne pieniądze pozostałe po takich wyjazdach dawał córce na zakupy w sklepach sieci Pewex. Nieźle im się powodziło, do tragicznego kursu w 1993 roku,  połączonego z rejsem promem Heweliusz. Podczas sztormu prom ten zatonął, ojciec mojej koleżanki zginął w tej katastrofie. 

Samochody ciężarowe do dziś głównie prowadzą mężczyźni. Inaczej jest z autobusami, coraz częściej spotyka się za kierownicą kobietę. Prowadzenie dużego samochodu, przez wiele godzin, to ciężka praca, wiele czasu spędza się poza domem, dla niektórych kabina kierowcy staje się drugim domem. Po wielogodzinnej jeździe, śpią w niej na rozkładanym łóżku. To nie jest wypoczynek, jaki powinien mieć kierowca by mieć sprawny umysł i mięśnie na kolejny wielogodzinny kurs. Może dlatego tak wiele jest wypadków ciężarówek spowodowanych zmęczeniem lub wręcz zaśnięciem kierowcy...