czwartek, 19 listopada 2015

Zarządzanie bez słów

Zdarza mi się przemawiać do kawki przed lub w trakcie konsumpcji, chwalić jej smak, zapach i dobroczynny wpływ na moje samopoczucie. Czasem też złoszczę się gdy nagle rozleje się zmuszając do sporządzenia drugiej, w sumie świetnie się nam współpracuje od wielu lat.

Zupełnie inaczej wygląda ostatnio współpraca w różnych instytucjach pomiędzy pracownikami, a zarządzającymi. Przełożeni starają się jak najmniej rozmawiać ze współpracownikami, to moim zdaniem - zarzadzanie bez słów. Obserwuję takie zachowanie nie tylko w instytucji, w której pracuję, okazuje się, że moi znajomi odnoszą podobne wrażenie. 

Z jednej strony bardzo lubię być w pracy samodzielna, organizując sobie poszczególne prace, wolałabym jednak aby całość zadań była koordynowana w sposób dający pracownikom poczucie współpracy. 
Ukrywanie przed pracownikami celów działania i udzielanie  zdawkowych informacji powoduje, współpraca nigdy nie jest w pełni efektywna. 

Każdy pracownik wykonuje zadania kierując się głównie otrzymaniem korzyści z wykonywanej pracy - wynagrodzenia. Efekty pracy byłyby znacznie większe gdyby pracownikom znane były cele i strategia firmy. Przełożeni jednak taką wiedzę utrzymują w tajemnicy, z bliżej nie znanych powodów, traktując pracowników jak roboty przeznaczone do wykonywania poleceń bez wgłębiania się w istotę spraw.

Niektórzy pracownicy dowiadują się co szef miał na myśli, ale nie przekazują tej wiedzy innym mając wyraźny zakaz. Pracownicy wiedząc na wstępie o celu i strategii mogliby uczestniczyć w poszczególnych procesach swoim wsparciem czerpiąc z zasobów swojej wiedzy i doświadczenia nie mają jednak takiej szansy. 

Wykonywanie zadań oparte na domysłach obniża efektywność, szefowie stosujący taką taktykę chyba nie zdają sobie z tego sprawy. Nie działają w ten sposób na korzyść instytucji, w której pracują. Dezinformacja wśród pracowników tworzy bałagan i prowadzi często do konfliktów między pracownikami, a nawet sytuacji kryzysowych. 

Jeden pracownik obserwuje bacznie drugiego czy tamten przypadkiem nie wie więcej od niego, a jeśli wie to oznacza, że przełożeni mają do niego większe zaufanie i lepiej go traktują. To nie jest zdrowa sytuacja. Pracownik, który czuje się pokrzywdzony nie skupia się należycie na wykonywaniu obowiązków, cały czas myśli jak jest mu źle. To prowadzi do popełniania błędów, które w konsekwencji działają na szkodę nie tylko pracownika ale również firmy. 

Pracownik zaangażowany w cele i strategię działań zazwyczaj będzie dążył do osiągnięcia jak najlepszych wyników, by mieć swój udział w sukcesie firmy, gdy nie ma takiej możliwości nie specjalnie się stara, czuje, że jest wykorzystany i wynagrodzenie nie jest dla niego satysfakcjonujące. 

Z czasem w instytucji, w której wiedzę o strategii i planach działań posiada ścisłe grono zarządcze atmosfera staje się nie do zniesienia i pracownicy zaczynają odchodzić. W miejce doświadczonej kadry pojawiają się nowe osoby, które z marszu nie przejmą zadań poprzedników, konieczne są szkolenia i wdrożenie w przyjęte procesy. To także powoduje spowolnienie wykonywania zadań.
 
Zarządzanie bez słów, gdy polecenia wydaje się pracownikom ad hoc jednocześnie pozbawia pracowników szerszego i głębszego myślenia, poza tym ma działanie stresogenne. Z moich obserwacji wynika, że obecnie coraz więcej pracowników leczy się u psychiatrów co jeszcze kilkanaście lat temu nie miało miejsca. Dlaczego więc stosowane są takie metody zarządzania? 
 
Zamiast prężnej, kompetentnej i zaangażowanej kadry tworzą się grupy bezmyślnie, nie koniecznie dobrze wykonujące doraźne polecenia, zwiększające z dnia na dzień swoją frustrację. Dzieje się tak w wielu dziedzinach gospodarki w naszym kraju choć przykłady z innych krajów na świecie pokazują na czym polega sukces firmy - na współpracy.
 
Sukcesu nikt nie osiąga w pojedynkę, konieczna jest współpraca, nawet jeśli dąży się do osiągnięcia wyższego stanowiska. Kiedyś szef mojej Mamy powiedział bardzo mądre zdanie: gdy pniesz się w górę, to kłaniaj się wszyskim po drodze, bo gdy będziesz spadał, nikt nie poda ci ręki. Niestety niewiele osób myśli takimi kategoriami.

Rozmawiając ze współpracownikami często słyszę różne pomysły działań, które skróciłyby lub usprawniły procesy pracy, nie mają jednak szansy zaistnieć ponieważ nie rozmawia się z personelem wykonawczym, a jeśli nawet, to nie bierze się ich zdania ani pomysłów pod uwagę, to dla mnie jest niezrozumiałe. 
 
W mojej ocenie to strach przed utratą autorytetu i stanowiska powstrzymuje zarządzających przed bliską współpracą z personelem niższych szczebli. Kompleksy i rządza władzy nie są najlepszymi doradcami, warto się nad tym zastanowić. 

niedziela, 15 listopada 2015

Stop terrorowi!

Chciałbym moją kawkę zawsze pić w spokoju, czytając lub słuchając wiadomości z kraju i ze świata pozbawionego ataków terrorystycznych. Wiem, że jest to możliwe.

W piątek, 13 listopada miały miejsce kolejne ataki, tym razem w Paryżu. Zginęło mnóstwo niewinnych ludzi, jak w każdym z takich zamachów dotychczas.

Wiele krajów wyraziło swoją solidarność z Francją poprzez palenie zniczy pod drzwiami ambasady Francji, umieszczanie barw narodowych Francji na przeróżnych obiektach, to na pewno miłe dla obywateli tego kraju, tylko co dalej?

Modlitwy w niczym nie pomogą, ataki terrorystyczne dotknęły już wiele krajów, w tym ogromne światowe mocarstwa, które jeśli zjednoczyłyby się w walce szybko unicestwiłyby terrorystów. Tak, UNICESTWIŁY, bo terroryści to nie ludzie - to roboty zaprogramowane na zabijanie. Żadne rozmowy z nimi nie mają sensu. 

Jeśli widzimy, że od dziecka szkoli się przyszłych zamachowców wmawiając im chwałę po śmierci, obiecując nie wiadomo jakie korzyści z tego, że zginą w imię bogów (bez względu na to jaki to bóg), to już było wiele przykładów na to, że nie cofną się przed żadna metodą zabijania.

Zadziwiające jest to, że po 14 latach od ataku na WTC gdzie zginęły tysiące ludzi, takie mocarstwo jak USA dalej bawi się w podchody z kolejnymi grupami terrorystów. Zabezpieczenia przed atakami, zwiększone kontrole na granicach jak widać nie gwarantują bezpieczeństwa, to tylko półśrodki. Terroryści po prostu LUBIĄ zabijać! Są rządni krwi!

Po atakach, w których giną setki, a nawet tysiące ludzi widać jaką sprawia im to satysfakcję. To nieludzkie, oni nie mają ludzkich uczuć ich nie należy traktować jak ludzi. Nie można szanować życia kogoś, kto nie szanuje życia innych. Zastanawiam się kiedy obywatele atakowanych krajów, z przedstawicielami władzy na czele, zrozumieją, że zabezpieczenia i rozmowy to nie jest walka z terroryzmem. Ile niewinnych osób ma jeszcze zginąć by podjąć radykalne środki?

Wydawałoby się, że wojny nauczą czegoś ludzi, okazuje się, że nie! Mamy XXI wiek, rozwiniętą cywilizację, współpracę gospodarczą między krajami i morderców, którzy chcą to zniszczyć, jak można nie reagować na takie zachowanie?

Dopóki nie zginie ostatni terrorysta, nie możemy czuć się bezpiecznie w żadnym miejscu na Ziemi. Mamy jedno życie, które spędzone w ciągłym strachu staje się koszmarem, a wszystko to przez garstkę (w stosunku do całej ludzkości) POTWORÓW, których nie jesteśmy w stanie zniszczyć?

Uważam, że wszystkie kraje powinny się zjednoczyć i położyć temu kres.


sobota, 14 listopada 2015

Przystawka, danie główne czy przekąska?

Nie lubię pić kawki w biegu, co nie znaczy, że popijam przez bardzo długi czas, bo zimna kawka mi nie smakuje. Lubię pić powoli, poświęcając czas tylko jej, delektując się ulubionym smakiem. Mimo iż nie jest daniem głównym, przystawką ani przekąską, stanowi stały element w moim codziennym jadłospisie.

Zauważyłam, że ludzie w związkach traktują swoich partnerów podobnie jak potrawy i napoje, które spożywają. Wszystkie związki zaczynają się jak posiłki - przystawką, która sprawia, że nabieramy apetytu lub jesteśmy na wstępie nasyceni i nie mamy już ochoty na danie główne. Czasem łapiemy przekąskę, która nie zaspokoi głodu, a spowoduje na chwilę uczucie sytości.


Niektórzy lubią proste dania, nie wymagające wielu składników, bez wyszukanych przypraw, nie przywiązują wagi do zastawy, z której jedzą, miejsca, starając się nie poświęcać na posiłki zbyt wiele czasu. Są także smakosze, w ich kuchni znajduje się wiele różnych przypraw, dodatków, celebrują zarówno przygotowanie posiłku jak i samo spożycie.

Każdy ma inne upodobania smakowe. Ostre potrawy nie wszystkim smakują, niektórzy wolą dania łagodne. Jedni urozmaicają swój jadłospis, próbują nowych, nieznanych smaków, drudzy mogą codziennie jeść to samo - np. kanapkę z szynką, czy pomidorową na śniadanie i schabowy na obiad. 

Mamy zwolenników wykwintnych restauracji i barów szybkiej obsługi, nie brakuje też amatorów barów serwujących posiłki podróżującym samochodami.

Obserwując ludzi zauważyłam, że traktują związki jak potrawy, które lubią. Znam pary, którym wystarcza, że są ze sobą, każdy dzień i posiłek, spożywany o stałej porze wygląda podobnie. Znam także pary, które starają się codziennie inaczej spędzać czas, podejmują przeróżne wyzwania, próbują różnych potraw. Zdarza się, że jedni i drudzy przeżywają ze sobą większą część życia, jeśli przyjęte przez nich menu odpowiada obu stronom.


Znam też osoby zmieniające partnerów z różną częstotliwością i z różnych powodów. Dla niektórych jest to chęć poznania wielu smaków, dla innych ciągłe poszukiwanie tego jedynego, niepowtarzalnego, a jeszcze inni po wielu próbach dochodzą do wniosku, że nic im nie smakuje. 

Nie bez przyczyny porównałam związki do potraw. Ostatnio usłyszałam od jednej osoby: wiesz czym różni się związek od szybkiego numerka? W związku kobieta jest zaangażowana, mężczyzna w obu przypadkach angażuje się jednakowo. 
To by oznaczało, że pomimo starań kobiet w kuchni większość mężczyzn wciąż potrzebuje przekąsek, które wzbogacą ich menu.

Może dlatego tak wiele związków rozpada się, bo trudno jest dobrać menuktóre odpowiadałoby jednocześnie obu partnerom?

niedziela, 8 listopada 2015

Jazda na dramacie

Kawka w moim życiu ma swoje miejsce od kilku dziesięcioleci. Towarzyszy mi w różnych sytuacjach życiowych, tych gorszych staram się nie wspominać.

Zauważyłam, że ostatnio osoby publiczne  do swoich życiorysów zaczęły dokładać życiowe porażki, kłopoty ze zdrowiem zarówno swoje jak i swoich bliskich. Zwierzają się w mediach ze swoich dramatycznych przeżyć o różnej skali dramatyzmu. Zastanawiam się w jakim celu? Czy oczekują współczucia? Nie jesteśmy współczującym narodem, więc?

Codziennie w różnych serwisach pojawiają się wiadomości o chorobach czy śmierci bliskich różnych znanych osób, rozwodach rodziców, o molestowaniu seksualnym, o dzieciństwie w biedzie. Zastanawiam się czemu ma to służyć? Czy już nie wystarczy skupić się na wykonywaniu swojego zawodu? Czy teraz do osiągnięcia sukcesu potrzebne jest podanie mediom informacji o nieszczęściach? 
 
Wydaje mi się, że osiągnięcie sukcesu powinno zależeć od własnych zdolności czy predyspozycji. Niestety ostatnio ludzie najczęściej znani są nie dzięki swoim dokonaniom, a udzielanym informacjom o dramatycznych okolicznościach ze swojego życia. Zauważyłam, że im bardziej dramatyczna informacja tym większy  rozgłos.
 
Jesteśmy zazdrosnym i zawistnym narodem, trudno nam jest cieszyć się z sukcesu innych, zwłaszcza gdy samemu niczego się nie osiągnie ale budowanie sukcesu czy rozgłosu na cierpieniu najbliższych jest dość niskie. W każdym razie mnie to nie przekonuje. 
 
Może tym wszystkim udzielającym informacji o swich problemach chodzi o ukazanie siebie jako zwykłego szarego człowieka, któremu pomimo przeszkód udaje się osiągnąć sukces?
Jeśli nie udaje się zdobyć uznania to może chociaż współczucie? 
 
Czy większe uznanie w oczach odbiorców zyska aktorka/aktor, Czy wykonawcy muzyki podając dramatyczne fakty ze swojego życia, które różne media rozgłoszą?
 
Prawdę mówiąc, jeśli mam wyrazić swoje zdanie na temat czyjejś twórczości czy jakichkolwiek talentów to nie ma dla mnie żadnego znaczenia stan rodzinny takiej osoby czy dramaty jakich ta osoba doświadczyła. 
 
Każdy ma jakieś przeżycia, pracodawcy nie biorą, a przynajmniej nie powinni brać ich pod uwagę przy ocenie jakości pracy, ustalaniu wysokości wynagrodzenia  lub awansach.

Z drugiej strony - jeśli na rodzinnych powiązaniach czy odpowiednich znajomościach można coś ugrać, to dlaczego nie na dramatach?

niedziela, 4 października 2015

Budowa cepa

Kawka nie jest skomplikowanym do sporządzenia napojem, wymaga jednak znajomości proporcji w zależności od upodobania mocy, słodyczy oraz innych dodatków wpływających na końcowy efekt smakowy.

Obserwując zachowania ludzi doszłam do wniosku, że kobiety są bardziej skomplikowane od mężczyzn. Przez wieki kształtowania osobowości mężczyźni skupili się jedynie na polowaniu, a kobiety na całej reszcie.

Otóż, mężczyzna, jak ktoś kiedyś powiedział - jest prosty jak budowa cepa. Cep to przyrząd do młócenia, składa się z dwóch kijów połączonych skórzanym rzemieniem, konstrukcja zatem skomplikowana nie jest. Nie jest moim celem obrażanie kogokolwiek, a raczej ułatwienie zrozumienia postępowania mężczyzn.

Większość gatunków żyjących na Ziemi składa się z dwóch uzupełniających się wzajemnie płci, z których jedna, z udziałem drugiej wydaje na świat potomstwo. Wśród zwierząt obserwuje się zachowania podobne do tych, które występują także u ludzi. Samiec stara się o względy samicy by zostawić po sobie potomstwo. Samica gdy już je urodzi opiekuje się nim, karmi, chroni, przygotowując do samodzielnego życia. Zazwyczaj zajmuje się potomstwem sama bo samiec szuka następnej, która także urodzi jego potomków. Niektóre gatunki samców zdobywają pożywienie, bronią terytorium i czasem biorą udział w opiece nad młodymi.

Zauważyłam, że większość mężczyzn stara się o kobiety nie tylko w celu pozostawienia po sobie jak największej ilości potomstwa, głównym celem jest zapewnienie sobie wygodnej obsługi i zaspokojenie potrzeb seksualnych.

Zdobywanie pożywienia przestało być głównym zajęciem mężczyzn, skończyła się w związku z tym era polowań na zwierzęta, które są w większości hodowane w celach konsumpcyjnych. Polowanie natomiast mężczyźni mają we krwi i polują na kobiety, samochody i gadżety.

Słuchając rozmów moich znajomych mężczyzn zaobserwowałam trzy podstawowe tematy. Na pierwszym miejscu jest seks - zdobycze, techniki, miejsca i czas. Kolejnym tematem są samochody - osiągi, mandaty za przekroczenie prędkości, krytyka zachowania kierowców  (sami zazwyczaj są mistrzami) i ewentualnie naprawy.

Tak na prawdę, w większości przypadków zajmują się wyłącznie pracą zawodową  (jeśli ją mają) i zaspokajaniem swoich potrzeb. Jeśli zaspokajają, przy okazji potrzeby kobiety, to tylko dlatego by kobieta zaspokoiła ich potrzeby seksualne. 

Kobiety chcą być kochane, adorowane i komplementowane. Myślą, że tym poświęcającym się dla nich mężczyznom zależy na ich wnętrzu... Zadziwia mnie to, że całe wieki doświadczeń jeszcze nie uświadomiły kobietom, że role jakie im mężczyźni wyznaczają stworzyli tylko i wyłącznie po to, by je sobie podporządkować.

Odwiedzając fora internetowe czy portale społecznościowe poznaję różne opinie kobiet na temat mężczyzn i mężczyzn na temat kobiet i trudno jest mi się pogodzić z ilością pogardy, poniżenia i względem często najbliższych osób. Zupełnie jakby następstwem partnerki lub partnera było późniejsze publiczne pastwienie się nad nią lub nad nim. 

Niestety, więcej jest krytycznych wypowiedzi mężczyzn na temat partnerek niż kobiet na temat partnerów, często są chamskie i wulgarne, zupełnie jakby mężczyźni nie mieli uczuć tylko samą chuć. Wystarczy przejrzeć kilka stron zawierających tak zwane memy, podobno zabawne. Żaden z twórców takich dowcipów nie zastanawia się jak może łatwo zranić kogoś.

Oczywiście tylko kobiety muszą mieć do siebie dystans i poczucie humoru na swój temat, cytując jedną z moich ulubionych felietonistek: mężczyzna to bardzo delikatna konstrukcja. Jeden niefortunny żart i napięcie opada. I cała reszta.

Zauważyłam, że dla większości mężczyzn, których poznałam w swoim życiu podstawą dobrego samopoczucia jest dobry seks. Jeśli nie zapewnia go partnerka, z którą się związali - znajdą sobie inną, choćby na chwilę. Takie podejście - proste - mam potrzebę więc ją zaspokajam, bez zastanawianiem się nad konsekwencjami (np. przypadkową ciążą) mają tylko mężczyźni. 

Kobiety rzadko mają tak proste i lekkie podejście do seksu. Przeważnie potrzebują zapewnienia o uczuciach, nie chcą ograniczać się do jednorazowego spotkania. Bliskość w łóżku powoduje nadzieję na coś więcej niż tylko seks. Dlatego tak często czują się zranione gdy mężczyzna opuszcza sypialnię i nie wraca. Jeśli zostaje na dłużej przeważnie dlatego, że nie chce mu się szukać w danym momencie. Co nie oznacza, że zostanie na zawsze.

Zrozumienie i pogodzenie się z tymi mechanizmami znacznie ułatwia życie.

czwartek, 10 września 2015

Po chrześcijańsku

Dobrze, że kościół nie dyktuje jaką kawkę można pić, a jakiej nie. Często czarna, mocna kawka nazywana jest szatanem i nie wiem czy jest dozwolonym napojem dla katolików.

Co jakiś czas pojawiają się takie artykuły ja ten: http://wiadomosci.onet.pl/religia/seks-wiara-bog-mara-wywiad/zynj86

Przez wiele lat, a nawet wieków, kościół głosił: nie zabijaj, nie kradnij itp. mordując jednocześnie miliony ludzi i grabiąc ich majątki, nie rozumiem więc czemu ma być autorytetem w jakiejkolwiek sprawie.

Podobno kościelne nauki głoszą że należy miłować bliźniego, wydaje mi się jednak, że ten bliźni koniecznie musi być katolikiem, bo jeśli jest to osoba niewierząca lub wyznaje inną religię - jest wrogiem. Nawet jeśli osoba jest jeszcze wierząca, a szanuje inny światopogląd - także jest wrogiem.
 
Nienawistny ton jakim wypowiadają się katolicy o innych przybiera coraz ostrzejszą barwę zbliżając się do agresji na poziomie islamistów. Nawet między najbliższymi osobami. W kościołach karmią się nienawiścią, wychodzą z nią na ulicę machając krzyżami - to chore. Islamiści ścinają niewiernym głowy, katolicy torturowali i palili niewiernych żywcem na stosach. Sama nie wiem co gorsze...

Myślę, że osób wierzących będzie sukcesywnie ubywać, ludzie są coraz bardziej świadomi i przestają wierzyć w bajki. To budujące, bo ile lat można karmić się bajkami? Życie to nie bajka. 

Kościół doskonale zdaje sprawę z sytuacji, widzi zagrożenie dla swojej stabilnej, dotychczas, sytuacji finansowej, rosnącej, pomimo piętrzenia utrudnień, liczby osób wypisujących się z jego struktur i malejącej  decydujących się na ochrzczenie dziecka.

Wydaje mi się, że to kwestia jednego-dwóch pokoleń i kościół przestanie istnieć. Próbuje zatem rozpaczliwie utrzymać się u władzy, mając jeszcze potężny, aczkolwiek coraz starszy elektorat.  Wśród swoich znajomych mam coraz więcej osób, które przestają wierzyć w bóstwa, mam też i takie, które żarliwie się modlą i wierzą, że te modły pomogą w różnych sprawach.

Nie podoba mi się, że kościelni funkcjonariusze, utrzymujący się z pieniędzy wyłudzonych od nieświadomych ludzi nastawiają ich przeciwko innym, to podłe i bezczelne. Jakim prawem uważają się za nadludzi? Dziwi mnie, że ludzie tak dają sobą manipulować, w XXI wieku...

Poniżanie ludzi, którzy mają odmienne poglądy, różne orientacje seksualne, style ubierania się, spędzania wolnego czasu, wierzą w inne bóstwa, a nawet wykonujących zawody, które kościołowi się nie podobają -  to bulwersujące zachowania, które, mam nadzieję, przyczynią się do rychłego końca tej instytucji.

Każdy ma prawo do życia według swojego upodobania, do prywatności, a także do wyboru partnera życiowego. 

niedziela, 30 sierpnia 2015

Miłość czy majątek?

Moje uczucia do kawki także nie są bezinteresowne. Oczekuję doznań smakowych, zapachowych i pobudzenia do działania. Postanowiłam zaakcentować moje upodobanie do tego napoju pisząc bloga pod tytułem Kawka do łóżka właśnie dla tego napoju.
Zauważyłam, że osoby, które chcą wszystkich uszczęśliwiać same szczęśliwe nie są. Wygląda to na chęć zwrócenia uwagi na siebie i na swoje potrzeby. Uszczęśliwiając innych osoby takie liczą, że trud włożony w pomoc innym wróci do nich, jednak bardzo rzadko tak się dzieje.
Sama, gdy komuś dzieje się krzywda - odruchowo myślę w jaki sposób mogę mu pomóc. Pomimo wielu doświadczeń niewdzięczności ze strony osób, którym pomogłam, nie  zawsze potrafię powstrzymać się od reakcji.
Asertywności trzeba się nauczyć, nie jest to łatwe, zwłaszcza w stosunku do osób najbliższych, warto podjąć starania dla własnego lepszego samopoczucia.

Obserwując różne związki - koleżeńskie, przyjacielskie, partnerskie czy też rodzinne, zauważyłam, że osoby, które chcą jak najwięcej uzyskać potrafią się spiąć nawet na wiele lat i udawać gotowych pomóc każdej sytuacji. Gdy tylko coś nie idzie zgodnie z ich oczekiwaniami, stają się agresywne, nagle ich pomocna dłoń cofa się, a nawet jest skłonna skrzywdzić osobę, którą określały jako najbliższą, najdroższą i najukochańszą.

Ostatnio zetknęłam się z taką sytuacją - dwoje ludzi, z bagażem doświadczeń. Kobieta rozwiedziona z alkoholikiem, mężczyzna, rozwiedziony z chorą psychicznie żoną.
Kobieta atrakcyjna, samodzielna i niezależna finansowo, posiadająca własne mieszkanie, dobrą pracę na kierowniczym stanowisku i mężczyzna posiadający jedynie sprawne ręce do różnych robót, pracujący fizycznie w jednym z dużych zakładów przemysłowych na trzy zmiany. Oboje posiadający dorosłe, samodzielne dzieci. Poznali się przez wspólnego znajomego, który stwierdził, że do siebie pasują i może warto poznać ich ze sobą.

Oczarowany mężczyzna przez kilkanaście lat gotów był na wszelkie poświecenia aby tylko zostać przyjętym przez kobietę i jej rodzinę. Kobieta, zapewniała mieszkanie, wypoczynek wakacyjny, kupiła samochód (nie posiadając prawa jazdy), którym razem jeździli, działkę, gdzie wypoczywali.

Dotrwali razem do emerytury i kobieta zgodziła się na zawarcie związku małżeńskiego, podpisując wcześniej, u notariusza, rozdzielność majątkową. Wielokrotnie uświadamiała mężczyznę, że to, czego dorobiła się sama, zanim go poznała będzie należało tylko do niej i jej dzieci.


Mężczyzna zdawał się zgadzać z decyzjami kobiety w sprawie zgromadzonych przez nią dóbr. Kobieta podjęła decyzję by przepisać własność mieszkania na jedno ze swoich dzieci. Reakcja mężczyzny na ten fakt potwierdziła jego uczucia do niej.
- Jeśli tak ma być - to ja odchodzę - powiedział - wyprowadzam się natychmiast.
- Przecież nikt cie nie wyrzuca - powiedziała córka - będziecie nadal tu mieszkać, do końca życia.
- Nie będę mieszkał w mieszkaniu, które nie będzie należało do mojej żony - powiedział mężczyzna.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji - powiedział syn kobiety - przecież jesteście razem ponad dwadzieścia lat.
- Zostanę tylko w przypadku - powiedział mężczyzna - gdy decyzja będzie cofnięta.

Wszystkie poprzednie ustalenia runęły, liczyło się tylko to, kto jest właścicielem mieszkania. Okazało się, że mężczyzna, który przyszedł do kobiety z przysłowiowymi gołymi rękami, rości sobie prawa do własności kobiety pomimo jej wcześniejszych oświadczeń dotyczących spraw majątkowych.

Z jego zachowania wynikało, że za swoją pomoc oczekiwał wymiernych korzyści, choć przez ponad dwadzieścia lat korzystał ze wszystkich dóbr zgromadzonych samodzielnie przez kobietę. 

Założył, że będzie żył dłużej od kobiety (nie wiem na jakiej podstawie) i zostanie wyrzucony przez dzieci z mieszkania, gdy zostanie sam. Zapewnienia jej dzieci, że tak się nie stanie okazały się niewystarczające.

- Całe życie komuś pomagam - mówił rozgoryczony - chciałbym mieć coś dla siebie z życia.

Zapomniał chyba, że właśnie przez ponad dwadzieścia lat miał wiele więcej z życia od tego co sam mógłby sobie zapewnić. Swoim zachowaniem pokazał jak na prawdę wglądają jego uczucia, na czym najbardziej mu zależy. 
Przez lata spędzone z kobietą starał się wypracować o sobie opinię kochającego męża, który swoją pomocą zarabia na majątek żony, pomimo jej zabezpieczenia w postaci podpisanej rozdzielności majątkowej.

Przychodzi mi na myśl piosenka Izabeli Trojanowskiej Nic za nic - wszystko da się wycenić. Uczucia nie mają znaczenia, bo nie zapewnią utrzymania ani dachu nad głową.