środa, 8 października 2014

Polak - niezadowolony

Nie zawsze jestem zadowolona z kawki, zwłaszcza, gdy ktoś ją dla mnie zrobi. Składniki i ich proporcje są dla mnie najważniejsze. Marka kawki też jest ważna, bo nie każda mi smakuje. Gdy kawka nie bardzo mi smakuje, a ktoś w dobrej wierze mi ją serwuje, staram się nie narzekać, choć, pomimo starań, moja mina wyraża wszystko...

Polacy to narzekający naród. Sama też często na coś narzekam, ale gdy słyszę narzekania osób, które tak naprawdę nie mają na co narzekać, to pusty śmiech mnie ogarnia.
Właśnie przeczytałam o serialu norweskim „Walka o byt”, z którego Polonia norweska jest bardzo niezadowolona. Nie widziałam tego filmu, ale uważam, że oburzenie może być bezpodstawne. 

Jeśli pokazano w tym serialu zachowania Polaków za granicą, na co się tak oburza Polonia, to nie ma co się oburzać. Jak czytałam na temat tego serialu zrealizowano go w konwencji komediowej i to już może się Polakom nie podobać, bo przecież z Polaków mogą żartować tylko Polacy, a i to nie wszyscy.

Przypuszczam, że oburzenie jest podobne, jak podczas emisji serialu „Londyńczycy”, do którego scenariusz pisany był na podstawie listów od emigrantów z rożnych krajów, a więc oparty częściowo na faktach. Wiele w nim znalazłam podobieństw do zachowań Polaków w Szwecji. Mieszkałam w Szwecji, widziałam jak się tam zachowują Polacy.

Już pisałam o emigracji, więc nie będę się powtarzać, ale nawiązując do tematu - jeszcze się taki nie urodził, który by Polakowi dogodził. Odkąd pamięcią sięgnę - narzekamy. Od rana do wieczora i od wieczora do rana. 

Gdy tylko się obudzimy - jest źle, bo trzeba wstać. Trzeba iść do pracy, więc nie ma się z czego cieszyć... Oczywiście, nikogo nie cieszy to, że dzięki pracy ma co jeść, gdzie mieszkać, w co się ubrać itp. 

Następny powód to pogoda - nigdy nie jest taka, jak byśmy chcieli. Albo jest za zimno, albo za gorąco, a już jak pada deszcz, to po prosu - masakra!

Wychodzimy, w końcu z domu, więc nadchodzi narzekanie na komunikację. Spóźnia się, niewygodna jazda w tłoku i jeszcze stanie w korkach - ulubione tłumaczenie w pracy, zawsze wiarygodne i raczej nie zniknie. 

W pracy jest tyle powodów do narzekań, że starczyło by na kilka postów. Oczywiście głównym bohaterem jest szef,  który jest zwykle głupi, mało wyrozumiały, ciągle dokłada roboty, a nie daje podwyżki. Najbardziej na wiedzę szefów narzekają pracownicy zajmujący najniższe stanowiska - to moja obserwacja, co nie znaczy, że nie mają racji.

Na współpracownikach też nie zostawia się przysłowiowej „suchej nitki”. Zawsze czegoś chcą,  w nieodpowiednim momencie i zwykle „na wczoraj”. Do tego dochodzą warunki pracy, sprzęt, który zawsze jest słaby, za wolno pracuje i psuje się. Rozmawiając z koleżankami i kolegami z pracy głownie słyszy się: „tyle jest tej roboty”. Przecież do pracy przychodzi się po to, żeby pracować, a nie posiedzieć przy kawce. 

Bardzo źle widziane jest zadowolenie w pracy. Jeśli jesteś uśmiechnięty, to znaczy - zadowolony ze wszystkiego, więc nie ma co dawać podwyżki, czy awansu, bez sensu: „będzie się cieszyć jeszcze bardziej”. 

Już w niedzielę zaczynają się narzekania, że jutro poniedziałek. Nastroje trochę poprawiają się w piątek, bo weekend za pasem, ale weekend jest stanowczo za krótki - to też powód do narzekań. 

Gdy są plany na weekend,  to jest znośnie, oby tylko coś,  np. pogoda nie zepsuła tych planów. Jeśli weekend spędza się w domu,  to oczywiście „nic nie ma w telewizji”, a jeśli coś jest, to na pewno nie do końca w naszym guście. 

Miałam możliwość poznania ludzi z różnych krajów, żadna nacja nie narzeka tyle, ile Polacy. Jeśli ktoś jest uśmiechnięty i nie narzeka,  to zapewne coś z nim jest nie tak. Szuka się powodów tego dobrego nastroju i pierwsze co przychodzi do głowy - coś bierze. Polak nie może iść ulicą uśmiechnięty, bo TO NIE JEST NORMALNE. Trzeba być poważnym, a najlepiej smutnym i przygnębionym, wtedy wygląda się normalnie.

Gdy spotkają się dwie osoby, licytują się, która z nich ma gorzej. Jeśli zaczyna się mówić o sukcesach, nie spotka się z podziwem, ale z zawiścią: „coś jej/jemu się udało!” Zamiast pomyśleć: „ Postaram się osiągnąć podobny sukces”, Polak myśli: „Co by tu zrobić żeby to zepsuć?”.

Wiem, to chore, ale mam takie doświadczenia. Niewiele osób z mojego otoczenia szczerze cieszy się ze mną z moich sukcesów, są za to osoby, które przestały utrzymywać ze mną kontakt gdy skończyłam studia. Pewnie ten mój „mgr” nie daje im spać po nocach. 

Gdy byłam w trudnej sytuacji materialnej, ledwie starczało mi na utrzymanie, wiele osób nie wierzyło, że moja sytuacja jest naprawdę trudna, no bo jak może uśmiechać się osoba, która nie ma co jeść? Pewnie tylko tak mówi...

Poza tym o czym można rozmawia z wesołą osobą? Skoro potrafi się śmiać, to nie jest jej aż tak źle. Jeśli idzie uśmiechnięta, to jest pewnie szczęśliwa, jak by tu jej dokopać?



Czy to nie jest dobry temat na serial komediowy o Polakach? Warto przypomnieć sobie seriale, w których oglądaliśmy zmaganie się z komuną, radziliśmy sobie z zakupami nie mając nic w sklepach. Słynny film z Adolfem Dymszą w kilku rolach: „Sprawa do załatwienia”. Chociaż film ma ponad pół wieku i niewiele się zmieniło, nadal nas bawi. 

Umiemy się śmiać, ale nie z siebie. Sytuacje, które nam się zdarzyły nawet po wielu latach nie potrafią nas bawić. Wiem, że to nie jest łatwe - mieć do siebie dystans, ale łatwiej się z takim dystansem żyje.

Więcej uśmiechu Rodacy ☺

poniedziałek, 6 października 2014

Moc internetu

Mocna kawka z rana to podstawa, dodaje energii na starcie, dzięki porannej mocnej kawce łatwiej rozpoczyna się dzień. Wypita ponownie w południe pozwala przetrwać w pracy, a wieczorna kawka pomaga obejrzeć ulubiony serial nadawany w późnych godzinach. Metodą „prób i wypaczeń” dobiera się smakowo o zapachowo najlepszą.

Internet nie zawsze działa pozytywnie. Początkowo zachwyca ilością informacji, obejmujących wszystkie dziedziny życia. Możliwością poznania wielu interesujących osób, sposobami komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Niestety, ułatwiona komunikacja z nieznanymi ludźmi czasem kończy się dramatycznie. Trzeba zatem uważać zawierając znajomości. 


Poznając z czasem wszystkie udogodnienia, zaczyna się z pośród nich wybierać. Nie czyta się wszystkich stron, nie uczestniczy się w dużej ilości dyskusji, wybiera się najciekawsze. Możliwości mnożą się praktycznie z dnia na dzień. 

Jeszcze niedawno swoje przemyślenia wymieniałam jedynie z ludźmi, których znałam, dziś znają je ludzie, których ja nie znam nawet z imienia. Mieszkający w różnych krajach, a nawet na innych kontynentach... To niesamowite! 

Czytelnicy zachęcają mnie do dalszego pisania, ale wiem z doświadczenia, że nie zawsze czytelnicy są dla autora wypowiedzi życzliwi.

Czytuję blogi różnych osób i komentarze pod ich postami. Większość odnosi się do tematu posta, rozpoczyna się dyskusja i to jest ciekawe.  Zdarza się też dosyć często, że komentujący, nie podzielając zdania autora,  wpisują niezbyt grzeczne,  a nawet wulgarne uwagi.

Każdy może mieć inne zdanie, ale to nie znaczy, że może obrażać innego użytkownika internetu. 

Obecnie, dzięki portalom społecznościowym wiadomości rozchodzą się „lotem błyskawicy”. Śledząc takie strony dowiadujemy się o wydarzeniach na świecie zanim podadzą je takie media jak radio, telewizja, czy prasa.

Możliwości w załatwianiu różnych spraw, związanych z egzystencją, jest dobroczynną stroną internetu. Osoby, które nie wychodzą z domu, z różnych powodów, mające dostęp do internetu i potrafią korzystać z komputera, mają możliwość samodzielnego życia, sporadycznie korzystając z pomocy w sprawach, które jeszcze nie mają internetowych rozwiązań. Wszelkie zakupy, operacje bankowe ułatwiające dokonywanie comiesięcznych opłat, rozliczenia z podatku, rozkłady jazdy komunikacji miejskiej, dzięki którym autobus czy tramwaj nie „ucieka z przed nosa” i wiele innych codziennych spraw to jeszcze dotychczas nie całkiem wykorzystane możliwości internetu. Weszłam w tę sferę piętnaście lat temu, bardzo sobie chwalę i polecam znajomym i rodzinie.

Znam także ciemną stronę internetu, niektóre osoby są dręczone psychicznie i wyśmiewane. Na Facebooku powstała inicjatywa zgłaszania Znałam chłopca, który zapytał swoich znajomych na Facebooku:
„Co byście zrobili, gdybym jutro już nie żył?”
Odpowiedzi pojawiły się w stylu:
„Spotkamy się na tamtym świecie”, „Nie wygłupiaj się”, „No to cześć”.
Nikt nie podszedł do tego sygnału poważnie, a chłopak kilka godzin później zginął śmiercią samobójczą rzucając się z mostu. Ja, niestety, dowiedziałam się o całym zajściu już po fakcie, nie mogłam nic zrobić... 
Gdyby ktokolwiek zainteresował się problemem tego człowieka, porozmawiał z nim, udzielił mu wsparcia, zapytał chociażby „co się stało?”, może nie doszłoby do tej tragedii. Nie był to chłopak z patologicznej rodziny, ale przypuszczam, że zaniedbany przez rodziców, zajętych pracą, uważających, ze ich syn „jest na tyle duży”, że powinien sobie radzić.

Można wykorzystać internet do zniszczenia człowieka, ale można też pomóc i w tę stronę powinno zmierzać wykorzystanie mocy internetu.

czwartek, 2 października 2014

Zawód - górnik

Kawka, czasem nazywana czarną, jak mogli się zorientować moi czytelnicy, to napój, bez którego nie mogę żyć. Węgiel natomiast, to surowiec, który można zastąpić.

Górnicy, w moim kraju są uprzywilejowaną grupą zawodową. Odkąd do najwyższych władz państwowych wszedł były górnik, tej grupie wiodło się najlepiej. Mieli najwyższe płace, największy pakiet socjalny, dostawali od państwa mieszkania.

Nie zaprzeczam, że praca górnika jest bardzo ciężka, trzeba być silnym fizycznie i psychicznie by pracować pod ziemią. Jedyną kopalnią, jaką zwiedziłam,  była kopalnia soli, zapewne w kopalni węgla kamiennego jest bardziej przygnębiająco z powodu czarnych barw wokół.
Kopalnie węgla stają się coraz mniej rentowne. Myślę, że jednym z powodów są alternatywne źródła energii elektrycznej, które są tańsze w eksploatacji i mniej szkodliwe dla środowiska naturalnego. Poza tym, każde złoże kiedyś się wyczerpie i należy pomyśleć o zmianach w dziedzinie energetyki.
Górnicy, zdaje się, nie przyjmują tego faktu do wiadomości, myśląc, że państwo będzie utrzymywało ich wraz z rodzinami.  To bardzo samolubne myślenie.

Wczoraj przeczytałam wypowiedź jednego z górników, przedstawiającego warunki, w jakich pracują, zarabiając dwa - trzy tysiące złotych na rękę. To może nie jest dużo za tak ciężką pracę.
Należy jednak pamiętać, że z tej pensji nie muszą odkładać pieniędzy, na przykład - na zakup mieszkania lub spłacać za nie kredytu. Muszą za taką kwotę wyżywić się i ubrać, mając wiele ulg, między innymi na energię, która stanowi dużą część kosztów utrzymania. Jak to się ma do innych grup zawodowych, które za takie kwoty muszą zapewnić sobie wszystko, nie mając żadnych ulg?

W swoim życiu kilka razy musiałam zmieniać zawód by mieć pracę. Po 25 latach przerwy w nauce musiałam iść na studia, by nie stracić pracy. Nie poszłam wtedy strajkować, bo skończyło się zapotrzebowanie na pracowników o takich kwalifikacjach jak miałam wtedy. Pracowałam przez okres studiów otrzymując obniżone wynagrodzenie, pozwoliło mi to jednak na zachowanie miejsca pracy.
Znam wiele osób, które zmieniły zawód,  głównie po to, by mieć pracę. Dlaczego akurat górnicy mają być na tyle uprzywilejowaną grupą, żeby pochłaniać ogromną część finansów państwa bez osiągania zysków?

W wielu krajach wykorzystuje się alternatywne źródła energii elektrycznej, przy których też pracują ludzie. Dlaczego nie można w moim kraju o tym pomyśleć? Dlaczego górnicy nie biorą pod uwagę zmiany kwalifikacji zawodowych.

Spotkałam się wielokrotnie z protestami ludzi, którym przeszkadzają elektrownie wiatrowe, a w innych krajach powstają na skalę masową. Podobnie z polami, na których stawiane są kolektory słoneczne. Są to odnawialne źródła energii, które nie niszczą środowiska, tak jak elektrownie wykorzystujące węgiel, czy elektrownie jądrowe, na które, nawiasem mówiąc, też nie ma zgody w moim kraju.

Jedno co najczęściej występuje w moim kraju, to protesty. Jeśli chce się coś zmienić, można być pewnym, że będzie protest. Bez względu na to, czy ma sens, czy nie. Kiedyś wszelkie protesty były tłumione przy użyciu siły, dziś mamy wolność, o którą walczyliśmy przez stulecia, ale czy to jest taka wolność jaką chcieliśmy mieć?
Wszelkie protesty odbywają się w stolicy, która jest wtedy sparaliżowana, mieszkańcy mają utrudniony powrót z pracy do domu. Zapewne ich winą jest wyczerpanie złóż węgla i brak rentowności kopalni.

Opanowanie takich protestów, to kolejne koszty, które mogłoby się przeznaczyć na  pożyteczniejsze cele.
Niestety, specjaliści od ekonomi mają najmniej do powiedzenia w moim kraju.

wtorek, 30 września 2014

„Kto poślubi mojego syna?”

Niedziela, kawka w południe i pilot w ręku... Kawka pasuje do każdego programu telewizyjnego, może być film, reportaż, teleturniej czy zawody sportowe. 
Ja trafiłam na program: „Kto poślubi mojego syna?” Nie wiem kto wymyślił coś takiego... Kobiety walczą o mężczyznę, który ma sobie wybrać żonę, a raczej ma to za niego zrobić matka - żenada. 

Kiedyś królowie organizowali turnieje rycerskie, w których rycerze walczyli o rękę księżniczki. Dziś role się odwróciły...

Nie wiem co myśli sobie młoda kobieta idąc do takiego programu? Że zostanie gwiazdą? Prawdę mówiąc, gdybym była na miejscu jakiegokolwiek mężczyzny, nie zainteresowałabym kobietą, która wystąpiła w tym programie. Mężczyzna, za którego matka decyduje o wyborze partnerki też nie byłby dla mnie. Cały program, według mnie, ma na celu poniżenie kobiety.

Żenujące są też konkurencje, w których kobiety rywalizują. Na przykład - czy rozbierze się do nagiej sesji fotograficznej?  I taka „Mamuśka” bierze pod uwagę nie tylko sam fakt zdjęcia ubrania ale i czas, w jakim to nastąpi. Jeśli któraś z konkurentek zrobi to za szybko - „Mamuśka” jest bardzo zgorszona. 
Kolejna konkurencja, którą widziałam, to umiejętność zachowania się w restauracji. Trzeba było wykazać się wiedzą na temat sztućców i odpowiednio dobrać je do podawanych dań. Mamuśki oczywiście codziennie jedzą raki, czy ślimaki, więc synowe też powinny znać się na sposobie spożywania takich potraw. 

Miałam cierpliwość żeby jeszcze zobaczyć jak zachowują się na spacerze - jeden mężczyzna i cztery walczące ze sobą kobiety. Jedna przez drugą nadskakiwały temu mężczyźnie, jednocześnie zachwalając siebie, jakie są romantyczne, wyrozumiałe i jakie mają wszechstronne zainteresowania. 

Nie byłam w stanie obejrzeć całego programu, pomimo kubka z kawką o dużej pojemności, więc nie wiem jakie były w finale kryteria oceny i która z kobiet „wygrała”.Trudno to nawet nazwać zwycięstwem. Według mnie wygranymi na pewno były te kobiety, które nie dostały się w szpony takiej Mamuśki. 

Będąc kobietą, też podlegałam ocenie przyszłej teściowej, nie brałam jednak udziału w zawodach. Tak się złożyło w moim życiu, że gdy dobrze dogadywałam się z „przyszłą teściową”, to kandydat na partnera życiowego nie spełniał moich wymogów, a gdy kandydat był udany, to jego matka mniej.

O związku przede wszystkim powinni decydować ci, którzy ten związek tworzą, gdy wtrącają się osoby trzecie, związek nie najlepiej na tym wychodzi.

poniedziałek, 29 września 2014

Emigracja

Gdybym zdecydowała się emigrować, na pewno byłby to kraj gdzie nie zabrakło by mi kawki.

Kilka razy w życiu rozważałam taką możliwość, dwa razy byłam bardzo blisko wyjazdu do innego kraju. Okoliczności jednak tak się złożyły, że zostałam w kraju, gdzie się urodziłam. 
Znam dużo osób, które wyjechały do innego kraju. Jednym wiedzie się bardzo dobrze innym gorzej, więc nie ma reguły. Znam też osoby, które mieszkały w kilku krajach w życiu.
Decyzja o zamieszaniu w innym kraju powinna być bardzo przemyślana. Zgodnie ze starym przysłowiem „Co kraj, to obyczaj”. 

Różnice kulturowe mogą być czasem trudne do zaakceptowania. Osobiście nie bywałam w krajach drastycznie różniących się od mojego, jednak w tych, w których bywałam też spotkałam się z odmiennym traktowaniem różnych dziedzin życia. Nie tak, żeby mi to przeszkadzało, po prostu inaczej.
Ludzie często emigrują w poszukiwaniu lepszej pracy, lepszych warunków mieszkaniowych, a czasem ze względów matrymonialnych.

Niedawno oglądałam film dokumentalny o chińskiej grupie etnicznej Mosuo, w której kobiety decydują o tym, czy wyjdą za mąż, czy urodzą dzieci. Są osobami samodzielnymi i decydującymi, mężczyźni muszą się ich słuchać. Związki między kobietami i mężczyznami nazywają się „chodzonymi”, ponieważ mężczyzna nie mieszka z kobietą, która go wybrała lecz ze swoją matką, a do kobiety przychodzi na noc, gdy ona wyrazi taką chęć, do swojego domu wraca rano. Bardzo ciekawe rozwiązanie biorąc pod uwagę te „Mamuśki”, które nie mogą się rozstać ze swoimi synusiami... Podział ról w rodzinach jest bardzo ściśle określony, jednocześnie zapewniający opiekę dzieciom, osobom chorym, czy starszym. Ludzie z tego plemienia, głównie zajmują się uprawą ziemi. 

W moim kraju kobieta musi być silną osobą, by samej zdecydować o tym, czy wyjdzie za mąż lub czy urodzi dziecko. Kobieta, która sama o sobie decyduje, natychmiast jest oceniana negatywnie przez społeczeństwo. Mój kraj jest uzależniony od katolickich władz kościelnych, więc według nich, podstawowym obowiązkiem kobiety jest rodzenie i wychowywanie dzieci, nie koniecznie z pomocą ojców tych dzieci. 

Gdy ojciec porzuci dziecko, według tych władz, jest to zgodne z ich normami, natomiast kobieta, która nie chce urodzić dziecka, bądź je porzuci, zasługuje na karę i jest napiętnowana, wyklęta i.t.p. Czytając biblię katolików oraz dogmaty kościoła katolickiego można dokładnie poznać jaką rolę kościół katolicki wyznaczył kobiecie.
Oczywiście i na szczęście, coraz więcej kobiet w moim kraju wyzwala się spod tej „opieki”, jest jednak jeszcze spora grupa głosząca, co nie znaczy, że przestrzegająca, kościelne przykazania.

Trudno jest żyć w takim społeczeństwie, ale są kraje, gdzie jest gorzej niż w moim kraju. Kobiety traktowane są jak niewolnice, nie mają prawa głosu, a gdy próbują przeciwstawiać się mężczyznom - są dotkliwie bite, torturowane, a nawet zabijane. Zwłaszcza w krajach islamskich.

Mam koleżankę, która wyszła za mąż za obywatela Austrii, urodziła dwójkę dzieci. Ponieważ nie pracowała, a wychowywała dzieci, mąż traktował ja jak służącą, nie mogła sama nigdzie wychodzić, dochodziło nawet do przemocy z biciem włącznie. Na szczęście udało się jej uciec wraz z dziećmi, pod pozorem odwiedzin u koleżanki, która załatwiła jej przez ambasadę możliwość powrotu do kraju. Był to dosyć drastyczny przypadek i trudno po nim oceniać obywateli Austrii. Znam tam jeszcze kilka „mieszanych” rodzin, które żyją bez takich ekscesów.

Jedna z moich koleżanek poślubiła Tunezyjczyka. Pomimo, że był to Arab, nie musiała przyjąć jego wiary. Małżeństwo ich trwało kilka lat, urodziła się im córka, lecz małżeństwo nie przetrwało zbyt długo, rozwiedli się i koleżanka także wróciła do swojego kraju. Trochę mnie to zaskoczyło, bo słyszałam, że rozwód z Arabem nie jest prostą sprawą, zwłaszcza, gdy ma się z nim dziecko. Słyszałam o przypadkach, gdy kobieta nie miała możliwości rozstania się z mężem, który był Arabem, a jeśli już wyraził zgodę na rozwód - nie mogła zabrać dziecka.

Są kraje, zwłaszcza w Europie, w których wygodniej się żyje mając chociażby lepsze warunki mieszkaniowe. Mieszkania wynajmuje się, a nie kupuje na własność, ceny wynajmu są przystępniejsze w stosunku do zarobków, wielkości mieszkań są też bardziej funkcjonalne. W związku z tym, młodzi ludzie dosyć szybko się usamodzielniają, wynajmując mieszkanie wspólnie np. z koleżanką, czy kolegą szkolnym. W moim kraju taki zwyczaj dopiero raczkuje, na wynajęcie w ten sposób mieszkania decydują się osoby pracujące.

Pracę można znaleźć w każdym kraju, podstawą jest chęć do pracy. W krajach Europy zachodniej są wyższe stawki wynagradzania ale i wyższe wymagania względem pracowników. Koszty utrzymania są w takich proporcjach do zarobków, że ludzi stać na mieszkanie w godziwych warunkach, zapewnienie sobie opieki medycznej i letniego, a nawet także zimowego wypoczynku. 

W moim kraju, miesięczne wynagrodzenie, w większości przypadków ledwie pokrywa koszty utrzymania. Gdy wypadnie w miesiącu większy wydatek spowodowany nieoczekiwanym zdarzeniem losowym rodziny ratują się kredytami, które spłacają wiele lat, obniżając życiowe standardy głównie kosztem tańszego jedzenia.

Emigrować, czy nie emigrować? Trudno powiedzieć, zwłaszcza, że „Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”...

wtorek, 23 września 2014

Zawód - lekarz

Kawka jest dla mnie najlepszym lekarstwem, bez lekarza wiem kiedy mi pomoże. Nigdy nie pomyślałam, że może mi zaszkodzić. Tak powinno się myśleć także o lekarzu. Życie, niestety skłania do innych refleksji.

Od wieków przyzwyczailiśmy się,  że gdy coś nam dolega, idziemy do lekarza. Ponieważ nie zawsze lekarz pomaga, od kilku lat wspieramy się również wiedzą z internetu. Po przeczytaniu opinii lekarzy w internecie, okazuje się, że nie zawsze diagnoza jest prawidłowa, że leki nie zawsze są dobrze dobrane lub, że możemy sobie pomóc naturalnymi środkami. 

Rynek medyczny ostatnio zdominowały koncerny farmaceutyczne. Musiał nawet powstać Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych. Sama nazwa jest powalająca. Urzędnicy z tego urzędu są prawie jak lekarze, na wszystko mają pigułki. To najlepsi znawcy medycyny z jakimi się spotkałam. Pozwolę sobie na wskazówkę - SARKAZM! Ponieważ znam kilka osób z tego urzędu przerażenie mnie ogarnia co do ich rodzin.

Młoda kobieta z mojego najbliższego otoczenia, zawiedziona metodami leczenia, z którymi się zetknęła, sięgnęła do naturalnych sposobów wspomagających organizm w walce z chorobami. Okazało się, że nie musi truć się chemią, która lecząc jedną chorobę, wpędza w drugą. 

Zastanawiałam się dlaczego lekarze nie proponują pacjentom zmiany diety i naturalnych środków pozyskanych np. z roślin, tylko od razu aplikują silne środki farmakologiczne. Widząc w przychodniach przedstawicieli koncernów farmaceutycznych odpowiedź nasuwa się sama - bez farmaceutyków lekarze nie mieliby pracy!

Oczywiście lekarze są potrzebni, nie neguję ich istnienia. Mogliby tylko zadbać o pacjentów, a nie wypróbowywać na nich leki polecane przez firmy farmaceutyczne. Poprawna diagnoza to jest sztuką, dziwi mnie tylko, dlaczego pacjenci nie są szczegółowo badani? Jeśli lekarz nie potrafi prawidłowo zdiagnozować pacjenta, to jakim cudem jest lekarzem?
Szczegółowe badania diagnostyczne realizowane są w takiej ilości, że pacjenci zapisywani są na kilka lub kilkanaście lat! Niektórzy pewnie nie dożyją diagnozy...

Pamiętam kobietę, która w wieku 60 lat miała amputowaną pierś z powodu nowotworu. Lekarz, który ją operował zdecydował o podaniu jej po operacji antybiotyku, który był dość kosztowny. Mało brakowało, a zostałby wyrzucony z pracy. Usłyszał od swojego przełożonego, że osobom: „w tym wieku” nie podaje się tak drogich leków. 

Inny lekarz (leczący bliską mi osobę), przez trzy lata nie potrafił dobrać jej leków (mając tytuł doktora nauk medycznych w zakresie neurologii), doprowadzając drastycznego rozwoju choroby, którą przez trzy lata można było znacznie powstrzymać. 

Lekarz to człowiek, któremu powierzamy swoje życie, obdarzamy zaufaniem. Gdy kilku lekarzy nie potraktuje rzetelnie swojego zawodu, tracimy zaufanie do reszty wykonującej ten zawód. W efekcie chory człowiek, płacący przez większość życia składki na ubezpieczenie musi sobie radzić sam z chorobą. 

Ja w swoim życiu trafiłam, na szczęście, na lekarzy, którzy mi pomogli, dwa razy nawet uratowali mi życie, ale gdy rozmawiam z ludźmi, to większość jednak takiego szczęścia nie miała i nie ma.

Jest cała masa seriali pokazujących życie i pracę lekarzy. Pokazane są w nich różne postawy. Lekarze, wykonujący swój zawód z poczuciem spełniania misji niesienia pomocy ludziom i tacy, którzy traktują swoich pacjentów przedmiotowo, jako źródło zarobku. W realnym świecie jest podobnie. 

Serialowy świat różni się od realnego głównie scenografią. Większość przychodni, czy szpitali nadal wygląda dużo gorzej niż te, które pokazywane są w filmach. Warunki, w jakich pracują lekarze i sprzęt,  który mają do dyspozycji też w pewnym stopniu jest utrudnieniem wykonywania zawodu. Obserwuję jednak postępujące zmiany w tej dziedzinie zmierzające w dobrym kierunku, tylko czy dożyję efektów tych zmian?

niedziela, 21 września 2014

Mistrzowie

Mistrzem wśród napojów, według mnie, jest kawka. Jest cenionym napojem na całym świecie. Często występuje w reklamach, ale nie gwiazdorzy. Jest skromna i robi swoje - uprzyjemnia ranki i wieczory,  pobudza do działania.

Jest wiele dziedzin życia, które mają swoich mistrzów, najwięcej jednak jest ich w sporcie. Wczoraj nasza narodowa reprezentacja Siatkarzy została mistrzem świata. To wielki wyczyn, biorąc pod uwagę z kim wygrali i w jakim stylu.

Nie jestem wiernym kibicem Siatkarzy, cokolwiek wiem na temat zasad gry, znam kilka nazwisk członków naszej reprezentacji, ale najwyższy czas to zmienić. Wczorajszy mecz bardzo mi się podobał. Widać było od początku, że to grają mistrzowie. Brazylia była mistrzem świata od kilkunastu lat i nasza reprezentacja odebrała im ten tytuł. Podziękowania należą się całej naszej drużynie.

Radość jest ogromna i skłania do refleksji. Jeśli chodzi o sporty drużynowe,  to najwięcej mówi się o drużynie piłki nożnej, która od wielu lat nie odniosła sukcesu. Jej członkowie są za to bohaterami pierwszych stron gazet, portali internetowych, czy programów telewizyjnych, a ile wiemy o naszych Siatkarzach? Nie jesteśmy w stanie wymienić nawet ich nazwisk!

Po wczorajszym meczu sama zapamiętałam tylko kilka z nich: Mateusz Mika - był gwiazdą wczorajszego meczu, Mariusz Wlazły - dostał nawet nagrodę dla najlepszego zawodnika, Paweł Zagumny - najstarszy na boisku, ale gdy wszedł do gry, natychmiast wynik się poprawił. Zapamiętałam jeszcze Karola Kłosa - wyróżnionego najlepszego blokującego, Michała Winiarskiego - Kapitana naszej reprezentacji i Marcina Możdżonka.

Zawodników piłki nożnej znamy niemal wszystkich. Głównie z powodu powtarzania w mediach ich nazwisk, z różnych powodów. Są gwiazdami, osiągając wyniki wyłącznie w drużynach poza naszymi granicami. Dla nich kibice mają hymn „Nic się nie stało”, a Siatkarzom zaśpiewali nasz hymn narodowy tak, że chyba wszyscy mieli „ciary”.

Sporty drużynowe są trudne ze względu na to, że zawodnicy muszą się świetnie rozumieć, muszą być zgrani i przewidywać strategię drużyny przeciwnej. Nasza reprezentacja, przegrywając pierwszy set, była bardziej skupiona niż reprezentacja Brazylii. Zawodnicy brazylijscy, pod wpływem emocji, chwilami nie bardzo skupiali się na rozgrywkach, co przyczyniło się do przewagi naszej reprezentacji. Obie drużyny były bardzo dobre, wczoraj po prostu reprezentacja Polski była lepsza.