sobota, 4 lipca 2015

Dyskryminacja

Kawka przyrządzana jest na wiele sposobów, nie spotkałam się z dyskryminacją osób, które piją kawkę, bez względu na sposób w jaki jest przyrządzona. 

Niestety, w innych dziedzinach życia ludzie potrafią tak zaszczuć osobę wyróżniającą się czymkolwiek, że w konsekwencji taka osoba odbiera sobie życie.

Niby cały świat walczy z dyskryminacją, a jednak codziennie spotykam się z nią na każdym niemalże kroku.

Istnieje kilka powodów dyskryminacji. Kolor skóry nie znajduje się już dziś w czołówce. Na czasie jest w dalszym ciągu światopogląd (wiara kontra ateizm), choć zdawałoby się, że przy obecnym stanie wiedzy mordy w imię bogów mamy już za sobą - nic bardziej mylnego. O ile katoliccy hierarchowie nieco wyluzowali skupiając się na dyktowaniu swoim barankom w jaki sposób mają myśleć, to islamiści nadal mordują (w ich pojęciu) niewiernych.

Kolejną pozycją powodów dyskryminacji stał się wygląd zewnętrzny, do którego należy tusza, sposób ubierania się, układania włosów czy makijaż. Istnieje ogólne przyzwolenie na szydzenie z osób mających nadwagę, inną od hetero orientację seksualną, a nawet swój styl ubierania się. Osoby dręczone z powodu wyglądu, będące zazwyczaj osobami bardzo wrażliwymi, wycofują się z życia publicznego, unikają kontaktów nawet z najbliższymi, stają się samotne, co w konsekwencji sprawia, że nie chcą żyć.

Nikt kompletnie nie stara się tego zmienić. Piękni i bogaci w brutalny sposób wypowiadają się w różnych mediach, na forach internetowych na temat osób, którym nie powiodło się w jakiejś dziedzinie, oceniając powierzchownie powody takich niepowodzeń. Atakowane osoby przeważnie nie mają siły na ciągłe odpieranie ataków, przychodzi moment, że mają dość i wtedy następuje dramat. Media ponownie mają o czym mówić lub pisać, ponownie rzucane są stwierdzenia: brak tolerancji czy państwo zawiodło. Mija kilka dni lub miesięcy, do kolejnego dramatu i nadal nikt nic nie robi by zapobiec następnej bezsensownej śmierci.

Obserwuję takie sytuacje od kilkudziesięciu lat. Pierwszy raz zetknęłam się z nękaniem w szkole podstawowej. Dzieci wtedy nie były jeszcze tak okrutne jak dziś, ale dorośli pomagali im podsuwając pomysły. Moja wychowawczyni w podstawówce miała obrzydliwy zwyczaj szydzenia np. z nazwisk uczniów. Skoro ona mogła, to uczniowie też. Każdemu starała się przykleić jakąś łatkę. Wygląd ucznia też był dobrym powodem do kpin. W czwartej klasie jedna z uczennic popełniła samobójstwo. Do dziś nie wiem jaki miała powód, byłam wtedy dzieckiem, nie rozumiałam tego co się stało i do dziś nie rozumiem. Jaki powód mogło mieć 10-letnie dziecko???

Pomimo artykułów w kodeksie pracy dotyczących dyskryminacji, w zakładach pracy ma się ona bardzo dobrze. Osoby, których szefowie nie darzą sympatią nie doczekają się na awans, nie dostaną nagrody ich starania nie są doceniane, zupełnie jak by nie istniały. Podnoszenie kwalifikacji, zwiększanie wydajności nie ma znaczenia, sympatia szefa - to jest dziś kluczem do kariery. Wieczna dyskryminacja także jest dręczeniem, które przybiera na wadze gdy szefem jest zawodowy psycholog, wygląda to wtedy na dręczenie z premedytacją, często także zakończone dramatem. 

Dziś w każdym okresie życia można, tak można, zadręczyć człowieka. Świat specjalnie nie zmienia się pod tym względem. Nastąpił ogromny rozwój cywilizacyjny, ludziom wydaje się, że osiągnęli wyższy poziom rozwoju, a sferze dyskryminacji nadal siedzą w średniowieczu.Życie ludzkie, sądząc z ostatnich batalii o antykoncepcję, ma wartość na etapie zarodka, później można je zniszczyć równie prosto jak w czasach inkwizycji gdy skazywano ludzi na stos.

Przeraża mnie życie w takiej cywilizacji, w której muszę swoje poglądy dostosować do widzimisię samozwańczych autorytetów, w której nie ma wolności, chociaż władze starają się twierdzić inaczej. Bo czym jest wolność gdy mój wygląd nie zależy ode mnie lub sama nie decyduję z kim mam uprawiać seks? 

Ciężko jest nie brać do siebie uwag na swój temat, nie wszystkim się udaje, bo ludzie mają różną wrażliwość. Należy to brać pod uwagę wypowiadając się, zwłaszcza publicznie (a taki charakter mają wpisy na forach internetowych), na temat jakiejś osoby, zgodnie z powiedzeniem: nie czyń drugiemu co tobie nie miłe. Warto zawsze zastanowić się jaki może być skutek krytycznej wypowiedzi.

niedziela, 28 czerwca 2015

Bezczelność

Kawka to napój, którego nikt bezczelnie nie wciska. Raczej serwowany jest w kulturalny sposób. Szczególnie do łóżka. 

Są jednak napoje mające taki wpływ na ludzi, że stają się bezczelni. Znam też ludzi bezczelnych bez względu na to co spożywali. Po prostu taki mają charakter...

Bezczelność niektórych ludzi potrafi mnie zadziwić, a nie łatwo mnie zadziwić. Z reguły są to prośby o wykonanie polecenia, wydanego tonem nie znoszącym sprzeciwu, wręcz zastraszającym.
Gdy odmówi się wykonania takiego polecenia najpierw słyszy się pytanie: dlaczego nie? wspomagane zdziwieniem i przemiłym uśmiechem, następnie coraz natarczywsze naciski by jednak wykonać polecenie. 
Gdy nadal odpiera się takie ataki rzeczony bezczel posuwa się do wbijania w poczucie winy, stara się by osoba odmawiająca wykonania prośby poczuła odpowiedni dyskomfort. 

Ostatnio byłam świadkiem takiej sytuacji. W jednej z instytucji, w grupie kilkudziesięciu pracowników, jedna z pracownic urodziła dziecko. Niby nic szczególnego, w takiej grupie, co jakiś czas zdarza się komuś urodzić dziecko. Mam możliwość obserwować takie zjawiska od kilkudziesięciu lat. Ta sytuacja była o tyle wyjątkowa, że dziecko urodziła osoba darzona szczególnymi uczuciami przez szefostwo. 

Wszyscy pracownicy owej grupy otrzymali wiadomość za pośrednictwem Internetu, że narodziny tego właśnie szczególnego dziecka zostaną odpowiednio uhonorowane. Matka dziecka zażyczyła sobie prezent od współpracowników za kilkaset złotych. Kwota składki wyniosła kilkanaście złotych na osobę. Nie byłby to wielki wydatek ale biorąc pod uwagę co najmniej kilkanaście matek, które urodziły dzieci wcześniej i nie dostały żadnego podarunku z tej okazji prośba o zakup czegokolwiek była według mnie bezczelna. 

Większość osób wyraziła zgodę i wyłożyła pieniądze na ten zakup. Osoby, które nie odpowiedziały na wiadomość, odbierały telefony z zapytaniem czy na pewno nie będą wpłacać składki na ten zakup, a niektórym złożono wizytę, by odpowiedź odmowną usłyszeć osobiście. 

Prezent został kupiony i wydawało się, że to koniec tej historii, okazało się jednak, że nie.  Do wszystkich, łącznie z osobami, które odmówiły wpłaty, zostały wysłane zdjęcia prezentu, a obdarowana mama, wraz ze świeżo urodzonym dzieckiem odwiedziła koleżanki z pracy. 
Pierwsze kroki skierowała do tych, które nie dołożyły się do prezentu, z podziękowaniem za prezent. Przypadek? Nie sądzę... Jestem przekonana, ze wiedziała kto uczestniczył w zakupie, a kto nie. Uważnie obserwowała koleżanki, myśląc zapewne,  że chociaż zaczerwienią się ze wstydu. Zawiodła się, niestety.

Niedługo przekonam się czy będzie to zapoczątkowana nowa, świecka tradycja kupowania świeżo upieczonym rodzicom prezentów. Kilka dni temu, w tej samej grupie pracowników przybyło kolejne dziecko. Prezentu nie dostało. 

Moje obserwacje przez wiele lat utwierdziły mnie w przekonaniu, że ludzie bezczelni lepiej radzą sobie w życiu. Narzucają innym swoje poglądy, zmuszają do spełniania ich oczekiwań nie dając nic w zamian, a często krzywdząc tych, którzy spełnili ich prośby.Często określa się bezczelność jako dążenie do celu po trupach. To mocne określenie, często bywa dosłowne. 

Nie potrafię być taka ale nauczyłam się z wiekiem asertywności. Z bezczelnymi ludźmi nie wchodzę w bliskie relacje, za dużo takich osób wykorzystało moją przychylność, uczynność i miękkie serce. Nauczyłam się także opanowywać wyciąganie do wszystkich pomocnej dłoni.  Niestety, jest na świecie wiele osób, które nie potrafią się przeciwstawić bezczelności i pomimo mojej irytacji na tę cechę przyjdzie mi się jeszcze nie raz z nią zmierzyć. 

niedziela, 7 czerwca 2015

Era suplementów

Kawka, ten wspaniały napój o cudownym smaku i zapachu, może być zastąpiona suplementem tylko w jakim celu? Łykać tabletkę zamiast pić świeżo zaparzoną? Pozbawiać się przyjemności zastępując naturalny napój wytworem syntetycznym? Nie widzę sensu.

Oglądając telewizję, w przerwach reklamowych, zachęcani jesteśmy różnymi produktami firm farmaceutycznych zastępującymi naturalne jedzenie. Prym wiedzie pewna firma, której nazwa nie jest pokazywana w reklamie.

W większości reklam słyszę suplement diety, jak by na rynku nie było produktów spożywczych, które można spożywać w naturalnej postaci. 
Jeśli mamy jakieś niedobory w organizmie, to lekarz zachęca do przyjmowania suplementów, zamiast pouczyć pacjenta, w jakich produktach spożywczych znajduje się najlepiej przyswajalny składnik, którego aktualnie nam brakuje - poleca gamę wyrobów farmaceutycznych.

W jednym z porannych programów telewizyjnych, na ten temat wypowiadał się lekarz, przestrzegając przed suplementami. Za rzadko, niestety, jesteśmy informowani o zgubnych skutkach stosowania suplementów bez zapoznania się z ich składem, polegając jedynie na tym, co usłyszymy w reklamie. Reklama nie informuje o skutkach ubocznych. O nich właśnie mówił lekarz we wspomnianym programie.

Kiedyś zastanawiałam się, po co w co drugim budynku znajduje się apteka, niektóre zastąpiły sklepy spożywcze, które były nierentowne. Po obejrzeniu kilkuset reklam w telewizji, zrozumiałam, że ludzie zamiast kupować żywność, kupują jej suplementy.

Jesteśmy narodem zajmującym czołowe miejsce w rankingu lekomanów. Przyjmowanie suplementów stało się modne, a przecież jesteśmy bardziej krajem rolniczym niż farmaceutycznym.
Czasem trzeba wspomóc się lekami, gdy choroba, z którą przyjdzie się zmierzyć tego wymaga, ale zastępowanie jedzenia tabletkami nie sprawi, że będziemy zdrowsi.

Najgorsze są suplementy polecane dzieciom od najwcześniejszego wieku: na apetyt, na sen, na szybszy wzrost i.t.p. Po co to wszystko? Gdy byłam dzieckiem, na apetyt stosowano zioło o nazwie piołun, można było po nim nie tylko stracić apetyt, a nawet poczuć totalny wstręt do jedzenia. Dziecko, które ma odpowiednia dietę, dużo przebywa na świeżym powietrzu, bawi się w sposób wymagający ruchu - nie potrzebuje ani suplementów na apetyt ani na sen. Urośnie także bez wspomagaczy.

Niektóre suplementy są wartościowe, należy jednak sprawdzić dokładnie ich skład, co w dzisiejszych czasach i dostępie do informacji nie jest trudne. Nie wszyscy są lekarzami. W reklamach przedstawia się korzyści, a każdy organizm jest inny i różnie może zareagować. Prawdę mówiąc nie znam człowieka, który by wiedział wszystko o swoim organizmie. Znam natomiast bardzo wiele osób, które nawet nie sprawdzają swojego stanu zdrowia zbyt często.

Gdy pojawia się jakaś dolegliwość, w pierwszej kolejności szuka się antidotum, bez zastanawiania się nad przyczyną danej dolegliwości. Oglądając reklamę polecającą złoty środek, ludzie wolą go zażyć niż czekać miesiącami na wizytę u lekarza, to akurat mnie nie dziwi. Warto jednak poszukać informacji, czy reklamowany suplement nie zrobi w naszym organizmie większej szkody niż pożytku. Zwłaszcza zanim cokolwiek poda się dziecku.

Suplementy w połączeniu z przyjmowanymi lekami, przepisanymi przez lekarza mogą także zaszkodzić. Należy zawsze porozumieć się z lekarzem gdy zamierza się zastosować jakikolwiek suplement diety. Niestety większość ludzi uważa, że skoro suplementy można kupić bez recepty - nie są szkodliwe. Mogą jednak zawierać substancje, które wchodzą w reakcje z lekami i stają się niebezpieczne. Należy o tym bezwzględnie pamiętać.

piątek, 5 czerwca 2015

Strach

Podczas przygotowywania mojej ulubionej kawki, boję się tylko by nie rozlać. Rozlana kawka ma zaburzone proporcje i w związku z tym nie smakuje tak jak bym chciała. To według większości ludzi może być dziwactwo, ale każdy jakieś ma, ja mam takie.

Zauważyłam, że od zarania dziejów, straszy się ludzi by nakłonić ich do wykonania przeróżnych zadań. Począwszy od zachęcania dzieci do jedzenia (nie urośniesz, nie będziesz silna/silny), sprzątania (zjedzą cię robaki), poprzez zachęcanie młodzieży do nauki (nie znajdziesz pracy), a następnie motywowanie pracowników (możesz stracić pracę albo obetnę ci premię).

Całe życie w strachu. Słuchając wypowiedzi polityków, którzy pretendują na najwyższe stanowiska w państwie ogarnia mnie wręcz paniczny strach. Żadna partia nie używa argumentów, które mogłyby mnie do niej przekonać, posługują się jedynie straszeniem co będzie gdy władzę przejmą konkurenci.

Gdy usłyszałam, że wybrany w demokratycznych wyborach prezydent, modli się o rozum do jakiegoś ducha, zastanawiam się co dalej będzie z moim krajem? Każdy z ministrów będzie się modlił by duchy pomogły mu w zarządzaniu? Jeśli nie dostosuje się do prezydenckich metod pozyskania wiedzy, będzie postraszony piekłem?

Zdawało mi się, że żyjąc w XXI wieku wiedzę będzie się zdobywało poznając fakty, a nie mity. Okazuje się, że podczas gdy cywilizowany świat korzysta ze zdobyczy nauki, mój kraj cofa się do średniowiecza. Gdy na świecie panowała ciemnota, można było straszyć ludzi mękami piekielnymi, dziś ludzie powinni być bardziej oświeceni. Sami dla siebie tworzą takie piekło na Ziemi, że biedny Lucyfer za głowę się łapie, nie dorastając ze swoimi pomysłami ludziom do pięt.

Zakompleksieni i sfrustrowani politycy nie starają się by państwo sprawnie funkcjonowało, straszą siebie nawzajem nagraniami z ukrycia, posługując się cytatem z klasyki: permanentna inwigilacja. Codziennie pojawiają się w mediach doniesienia jednych na drugich, a wszystko to w katolickim kraju, rozmodlonych ludzi, bijących czołem przed słynnym papieżem - rodakiem.

Wywalczyliśmy sobie niedawno wolność słowa, ale tak na prawdę strach się odezwać, bo wszystko co się powie może być wykorzystane przeciwko nam. Jeszcze niedawno byłam szczerą, otwartą osobą. Niestety, zaufałam zbyt wielu osobom i więcej miałam z tego powodu przykrości niż korzyści, jestem zatem zmuszona do wypowiadania się pod pseudonimem.

Ludzie rzucają hasła o wolności i równości, a tymczasem dręczą swoimi wypowiedziami w internecie, na ulicy, ludzi o odmiennych poglądach lub mających poważne problemy zdrowotne, wpływające na wygląd zewnętrzny. Stale zwiększa się ilość ludzi wykluczonych ze społeczeństwa z różnych powodów, ludzi pozbawiających się życia nie widząc dla siebie przyszłości.  Żadna modlitwa, strach przed piekłem ani duchy tego nie zmienią, należy zmieniać ludzi. 

Dopóki nie zmieni się mentalność ludzi w moim kraju, nie widzę możliwości zmian, na które młodzi ludzie czekają. Zauważyłam, że właśnie młodzi ludzie są obecnie najbardziej okrutni dla siebie, czy to właśnie takiego zachowania uczą się na lekcjach religii w szkołach? Mnie w domu nauczono, że należy pomagać słabszym, dziś chyba nikt tego nie uczy... Osoby słabe i chore boją się wychodzić z domu, strach przed agresją otoczenia paraliżuje ich funkcjonowanie.  Czy tak powinno wyglądać życie w cywilizowanym kraju, w XXI wieku?

Odważni ludzie, podejmujący działania, które mogą zmienić sposób kierowania krajem z kościelnego na cywilny, są natychmiast krytykowani i wyzywani w niewybredny sposób. Strach pomyśleć, że takich odważnych może być coraz mniej.

Chciałbym dożyć czasów bez strachu, by motywacją do działania były perspektywy szczęścia i dobrobytu, a nie piekielne męczarnie.

niedziela, 10 maja 2015

Cele życiowe

Decyzje w ważnych sprawach życiowych najlepiej podejmować przy dobrej kawce. Można się wtedy zrelaksować, kawka pobudza pracę mózgu, pomaga w koncentracji. Między jednym łykiem, a drugim łatwiej rozważa się pozytywne i negatywne strony podejmowanych decyzji.

Każdy człowiek wyznacza sobie cele życiowe, nawet taki, który nie ma wielkich ambicji. Dla jednego celem życiowym jest zdobycie majątku, by żyło się łatwiej, dla innego dobra zabawa, dla jeszcze innego założenie rodziny. Znam także ludzi, którzy, z różnych powodów, myślą tylko o zaspokojeniu podstawowych potrzeb.

Wiele osób, w trakcie realizacji wyznaczonych celów, nie ogranicza się i wyznacza sobie kolejne cele. Podejmowanie nowych wyzwań, rozwija i daje większe zadowolenie z życia. Niektórzy jednak, zatracają się w swoich dążeniach.
Tak jak w przypadku każdego wysiłku potrzebny jest odpoczynek, w wyznaczaniu sobie kolejnego celu - również. Ludzie często o tym zapominają. W dążeniu do celu potrafią się kompletnie zatracić, często zapominając o najważniejszym - o sobie. 



Obserwuję w swoim otoczeniu osoby, które są tak pochłonięte dążeniem do osiągnięcia celów życiowych, że nie zauważają negatywnych skutków wywieranych przez stosowane przez nich środki do osiągnięcia wybranego celu. 
Osoby wspinające się na szczyty kariery zawodowej, poświęcają przeważnie najbliższych, dla których mają coraz mniej czasu, tracą znajomych, w końcu tracą także zdrowie, a nawet życie. Jaki cel wart jest takich poświeceń?
Od wieków, podstawowym celem życiowym, poza zdobyciem pożywienia i dachu nad głową, było znalezienie partnera i posiadanie dzieci. Zauważyłam, że obecnie są to także główne cele wielu ludzi. Myślę, że wynika to z potrzeb społeczeństwa, w którym żyjemy. Od najwcześniejszego wieku, dzieci wychowywane są w przeświadczeniu, że stworzenie podstawowej komórki społecznej, to najważniejszy cel w życiu.

Znam kobiety i mężczyzn, którzy tkwią w toksycznych związkach tylko dlatego, że dla otoczenia są rodziną, a rodzina, według nich, jest najważniejsza. Taki stan rzeczy może  również prowadzić do zgubnych skutków.
Myślę, że we wszystkim należy zachować umiar i zdrowy rozsądek. Zapewnienie sobie utrzymania jest bardzo ważne, warto jednak zastanowić się czy przy okazji zdobywania środków nadal pozostanie się przyzwoitym człowiekiem, nie krzywdzi osób napotkanych po drodze.

Znam wiele rozbitych rodzin, w których najbardziej cierpią dzieci. Rodzice, starając się zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki bytowe (bo to wydaje się najważniejsze), spędzają z dziećmi, a także ze sobą coraz mniej czasu. Prowadzi to do utraty więzi jaka powinna być między najbliższymi. Przestają się rozumieć, nie spełniają wzajemnych oczekiwań, efektem są coraz częstsze nieporozumienia i wzajemna niechęć. 
Pretensje narastają i następuje koniec związku, rozpad rodziny, albo powstała sytuacja powoduje dużo poważniejsze dramaty.

Jeśli celem życiowym jest osiągnięcie wysokich zarobków, często zależnych od stanowiska, ludzie potrafią poświęcić wiele. Wszelkie zasady przestają obowiązywać, bo gdy sztywno się ich trzyma, niczego się nie osiągnie. Honor należy schować do kieszeni, kłaniać się (i nie tylko) trzeba tym, od których zależy wysokość zarobków, we wszystkim im przytakiwać, wychwalać ich metody pracy, chociaż się z nimi nie zgadzamy. Nie należy przedstawiać swojego zdania, bo może być użyte przeciwko nam. Nie zwracać uwagi na błędy decyzyjnym osobom, to pierwszy krok do utraty pracy. Doświadczyłam tego na sobie, w swojej karierze zawodowej. Wprawdzie nie straciłam pracy, ale było blisko. Odeszłam z tej pracy sama i na swoich warunkach, bo wytrzymać tam i tak nie byłam w stanie.

Wiele osób jako cel życiowy wybiera karierę naukową. Jeśli ktoś chce zdobyć wiedzę, nie widzę w tym nic złego, wręcz przeciwnie. Niektórzy jednak stawiają, na ilość tytułów, co z samą nauką ma niewiele wspólnego. Studiowałam pracując, a wiec nie tak dawno temu. Jako osoba dorosła, mogłam ocenić umiejętności i poziom jaki reprezentowali moi wykładowcy. Nie wszyscy, według mnie, mieli wiedzę adekwatną do tytułów przed nazwiskiem. Że nie wspomnę o sposobie wysławiania się, zastanawiam się kto pisał im prace magisterskie, rozprawy doktorskie itp. Wykładowca na wyższej uczelni powinien znać język, w którym wykłada, na odpowiednim poziomie. Niestety, niektórym daleko było do doskonałości. Nie wspominam tu o przytaczanych dowcipach w trakcie wykładu, ale o samym wykładzie. Tacy ludzie oceniają pracę innych i decydują o ocenach na egzaminach...

Kolejny przykład to cytując klasyka: 
...Teraz będę już szczery, poszedłem drogą kariery, kariery na estradzie, na pewno sobie poradzę...
Oczywiście jest cała masa utalentowanych osób, porywających swoim śpiewem tłumy. Jest też wiele osób posiadających zdolności aktorskie i z powodzeniem występujących na deskach teatru czy w filmie. Nie każdy z nich osiąga wymierny sukces dzięki swojemu talentowi.  Dzięki swoim zainteresowaniom muzycznym znam kilku muzyków mniej lub bardziej popularnych. Wiem jaka jest konkurencja na rynku muzycznym i jak trudno jest się przebić.  Jeden z takich właśnie znajomych muzyków, występujący od ponad 30 lat, w dość znanym polskim zespole, na moje pytanie: dlaczego tak rzadko przyjeżdżacie do Warszawy? Odpowiedział mi kiedyś: żeby wystąpić z koncertem w Warszawie to trzeba nieźle d... dawać. 

I na tym właśnie, według moich obserwacji, polega zdobycie popularności i osiąganie sukcesów. Tak jest skonstruowany nasz ówczesny świat, trzeba o tym pamiętać wyznaczając sobie cele życiowe.

piątek, 1 maja 2015

Ewolucja czułych słówek

Mój ulubiony napój to kawka, kawusia, a nawet kawunia. Nawet gdy się rozleje nie wyzywam jej. Moje uczucia względem kawki nie zmieniają się, a wręcz umacniają.

Zauważyłam, że w związkach wygląda to inaczej. Na początku każdego związku, gdy dwoje ludzi darzy się gorącym uczuciem, nazywają siebie wzajemnie: kochanie, skarbie, najdroższa lub najdroższy, długo można by wymieniać czułe nazwy. To oczywiście bardzo miłe. W miarę upływu czasu i spadku temperatury uczuć czułe słówka tracą na czułości.

Najpierw stają się pieszczotliwo-złośliwe: np. staruszku czy staruszko, by przeistoczyć się w stara lub stary. Kurczaczek zmienia się w starą kwokę, rybka w kaszalota, miś w barana, a ogier w starego capa. Bardzo często w wyniku nieporozumień albo kłótni padają coraz mniej przyjemne słowa.

Czułe zwroty przechodzą kolejne fazy ewolucji i stają się złośliwe, dotkliwe, coraz bardziej dokuczliwe i pogardliwe, aż w końcu wulgarne. Zadziwia mnie jak dwoje bardzo bliskich sobie osób potrafi wyzywać się wzajemnie w coraz gorszy sposób. Trudno uwierzyć, że jakieś uczucie łączyło kiedykolwiek taką parę.

Oczywiście zmiany nie są jednakowo drastyczne w każdym związku, jednak obserwuję to w bardzo wielu związkach.

Rozmawiam z różnymi ludźmi i zauważyłam, że ta ewolucja galopuje gdy para weźmie ślub. Zaczyna się wtedy wytykanie wad, a więc określanie swoich partnerów złośliwymi nazwami, w zależności od okoliczności. Jak by kończyło się między nimi uczucie. O co chodzi?
Pamiętam, że różni znajomi, gdy wyszłam za mąż, pytali mnie: a jak tam twój stary? Na co odpowiadałam: ja mam młodego. Co było zgodne z prawdą bo mój mąż był ode mnie młodszy. Zauważyłam, że stara i stary to najczęstsze określenia współmałżonków. Często określa się w ten sposób także rodziców. Nigdy mi się to nie podobało, więc nie stosowałam i nie stosuję takowych.

Pomimo różnych nieporozumień, czego nie da się uniknąć w żadnym związku, w którym byłam, nigdy się nie wyzywaliśmy. Wychodzę z założenia, że aby nie usłyszeć jakichkolwiek epitetów pod swoim adresem, nie należy kierować takowych do nikogo.

Zadziwia mnie również, gdy po wzajemnych wyzwiskach ludzie spokojnie idą ze sobą do łóżka... Nie wyobrażam sobie żebym miała fizycznie zbliżyć się do człowieka, który zmieszał mnie z błotem.

Miałam kiedyś sąsiadów, którzy co roku, w imieniny sąsiada (wypadającymi kilka dni przed świętami, rzecz jasna rodzinnymi, z tradycją...), organizowali huczną imprezę. Po imprezie imieninowej zaciekle się kłócili, wyzywając siebie na wzajem, po czym sąsiadka, wraz z małymi dziećmi uciekała do swoich rodziców. Sytuacja powtarzała się niezmiennie przez 10 lat, które przemieszkałam w tym budynku i co roku zastanawiałam się po co ta kobieta wraca?

Jak można kierować wyzwiska, mniej lub bardziej brutalne do bliskiej sercu osoby, którą, podobno, darzy się uczuciem? Czy ludzie pogardzają osobami, którym wyznają miłość? Słysząc od różnych osób określenia, jakich używają w stosunku do swoich partnerów życiowych, zastanawiam się po co się wiążą ze sobą? Żeby mieć kim pomiatać? Może warto się zastanowić, czy bliska sercu osoba jest warta uczuć, zanim się z nią zwiąże. Jeśli nie ma się dobrego zdania o tej osobie, to po co się z nią wiązać?

Sama nie doświadczyłam wyzwisk od żadnego partnera, nie wiem jak mnie nazywali rozmawiając o mnie, mam nadzieję, że najgorzej nie było.

Gdy związek się kończy, wtedy zazwyczaj wyzwala ewolucję czułych słówek. Pary rozstają się z powodów generujących różne epitety. To akurat rozumiem, powinno się jednak zastanowić, że używając dosadnych określeń swoich zarówno byłych, jak i obecnych partnerów. Pokazujemy w ten sposób poziom kultury osobistej.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Światopogląd

Kawka łączy ludzi, a nie dzieli, tak, jak wszelkiego rodzaju organizacje. Każdy przyrządza sobie kawkę w dowolny sposób i nie spotkałam się z wrogością osób, które piją kawkę przyrządzaną w inny sposób niż ja to robię. Byłoby to co najmniej dziwne...

Inaczej to wygląda wśród ludzi, gdy mają różne poglądy, zaczynają wtedy zwalczać siebie nawzajem. Takie sytuacje mają miejsce od zarania dziejów, co jakiś czas wrogość przeradza się w zabójczą agresję, ludzie mordują się wzajemnie by przekonać osoby o odmiennych poglądach do swoich racji.

Jonathan Swift w swym słynnym dziele z 1726 roku - Podróże Guliwera, wspaniale przedstawił powody konfliktów prowadzących do wojen. Czytałam tę książkę jako nastolatka, ale pamiętam, że kraj Liliputów prowadził wojnę z sąsiednim krajem Blefuscu, ponieważ w każdym z nich z innej strony zaczynano obierać jajko! Wówczas traktowałam tę książkę jak bajkę, nie odnosząc jej treści do rzeczywistości, dopiero po latach uświadomiłam sobie, że jest to karykatura czasów, w których żył autor. Pomimo upływu prawie czterech wieków, nadal aktualna!

Powody występowania konfliktów między ludźmi, zakończonych walkami zbrojnymi, w których zginęło miliardy ludzi, wyglądają podobnie. Najczęściej jest to narzucenie swoich racji. Gdy strona atakowana nie przyjmie ich, następuje zbrojny atak. Ludzie konstruują coraz bardziej śmiercionośną broń, zapominając o starej prawdzie - kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Co jakiś czas pojawia się na świecie władca-tyran, manipulujący swoimi poddanymi do tego stopnia, że bez żadnych zahamowań mordują ludzi mających odmienne przekonania, czy też w celu zawładnięcia większym terytorium.

Wiele mamy historycznych dowodów na takie poczynania. W dziejach ludzkości było wiele wojen, żadna jednak nie pochłonęła tylu ofiar ile wojny na tle religijnym. Najgorsze jest to, że pomimo wiedzy zdobywanej przez wieki, ludzie nadal są zdolni do zabijania w imię nieistniejących, wymyślonych przez siebie bogów. To jest przerażające. O ile jestem w stanie zrozumieć wiarę w różne, wymyślone przez siebie bóstwa, ludzi, którzy nie mieli pojęcia o miejscu Ziemi w kosmosie i czczących Słońce jak boga, o tyle nie jestem w stanie zrozumieć jak obecnie ludzie mogą wierzyć w jakieś nadprzyrodzone istoty... W dodatku, stają się bardzo agresywni, gdy próbuje się ich uświadomić, że to bajka wymyślona w celach manipulacji.  

Znam wiele osób, sama się do nich zaliczam, które, będąc wychowanymi w katolickich rodzinach, zmieniły światopogląd na skutek zdobytej wiedzy z zakresu, chociażby, fizyki. Z moich obserwacji wynika, że społeczeństwo jest coraz bardziej świadome manipulowania powtarzanymi od wieków bzdurami i to jest budujące. Przeraża mnie jednak wrogość i agresja skierowana w stronę osób zmieniających światopogląd.

Zgadzam się całkowicie z brytyjskim naukowcem - Richardem Dawkinsem, który, rozmawiając z fanatykami (bo trudno inaczej nazwać tych ludzi) religijnymi, doszedł do słusznego wniosku, że dalsze wpajanie, od najmłodszych lat, wiary w cuda doprowadzi do kolejnych zbrojnych konfliktów między wierzącymi w rożne bóstwa: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/richard-dawkins-dzieci-nie-powinno-sie-uczyc-religii/e8cdn#.VSGkYPDEqmc.facebook

Zaciekłość fanatyków religijnych i rasistów doprowadzi ludzkość do tragedii. Nadal pali się ludzi na stosach i kamienuje w imię boga, to niepojęte w XXI wieku. 

Właśnie obchodzone są święta zmartwychwstania, jak można wierzyć w coś takiego? Owszem, zdarzają się przebudzenia osób doświadczających śmierci klinicznej, ale ale to nie to samo. Nabija się ludzi w butelkę, obiecując, że kiedyś znów wrócą do życia i zarabia się na tym niezłą kasę. Naiwnych, jak widać, nie brakuje. 

Mam nadzieję, że za kilka lat, wszyscy odetchną z ulgą, gdy uwierzą, że wszystkie religie istnieją tylko w jednym celu - utrzymaniu kościołów i księży, śmiejących się z naiwnych baranków płacących za wyimaginowane królestwo niebieskie.