sobota, 5 sierpnia 2017

Sortowanie

Każdy ma swoje ulubione i nielubiane osoby lub rzeczy. Dotyczy to także miejsc, potraw, muzyki, filmów, garderoby, zwierząt, roślin, w zasadzie wszystkiego z czym się stykamy na codzień. Stali czytelnicy mojego bloga wiedzą, że uwielbiam kawkę, a nie lubię herbaty.

Nie wykrzykuję jednak nienawistnych epitetów pod adresem herbaty tylko dlatego, że mi nie smakuje. Posiadam w domu herbatę, ponieważ mam znajomych, którzy nie piją kawki, lubią herbatę, szanuję ich gust. Świat byłby nudny gdyby wszystkim podobało się to samo.

W dzieciństwie czytałam bajki, w jednej z nich dwa narody prowadziły wojnę tylko dlatego, że w jednym kraju jaja na miękko zaczynało się jeść ze strony z czubkiem, a w drugim z tej bardziej owalnej.

Odnoszę wrażenie, że w moim kraju nastąpił podobny podział społeczeństwa. Opcja rządząca nazywa ludzi, którzy nie podzielają ich przekonań gorszym sortem, sami uważają się za naród wybrany.

Ze strony owego wybranego narodu padają coraz gorsze wyzwiska pod adresem gorszego sortu, z niepokojem czekam do czego może doprowadzić takie zachowanie. Podburzanie ludzi przeciw sobie może doprowadzić do tragedii, historia zna takie przypadki, również w moim kraju.

Nastroje wśród znajomych, w rodzinach, w pracy stają się coraz bardziej napięte, strach odezwać się na jakikolwiek temat. Zaburza się w ten sposób racjonalne myślenie, myśli się tylko jak sobie nie zaszkodzić, by np. nie tracić pracy, nie wywołać spięć w rodzinie, jeszcze trochę i strach będzie wyjść na ulicę...

Zadziwia mnie ile jest osób, które dają się wciągnąć w to podżeganie przeciwko mającym inne zdanie, inny kolor skóry, inny gust czy inną narodowość. Zupełnie jakby nie mieli własnego rozumu. Zupełnie nie czerpią wiedzy z historii dokąd może doprowadzić takie zachowanie.

Korzystam z portali społecznościowych i czytając niektóre wpisy moich znajomych ogarnia mnie przerażenie, że znam takie osoby i mogą mi one zagrażać. To strasznie smutne...

Czy koniecznie trzeba się opowiedzieć po którejś stronie? Czy zawsze trzeba wybierać mniejsze zło? Staram się nie wypowiadać na stronach internetowych, wiem, że każda wypowiedź może być wykorzystana przeciwko mnie, właśnie dlatego nie publikuję pod własnym nazwiskiem...

Nie uważam się za gorszą tylko dlatego, że nie schlebiam nikomu. Wiem, że to najlepsza droga do sukcesu ale trudno, wolę patrzeć na swoje odbicie w lustrze bez obrzydzenia.

niedziela, 16 lipca 2017

Narażanie życia

Pijąc kawkę, nie ryzykuję utratą zdrowia lub życia. Jest to w miarę bezpieczna czynność. Można się ewentualnie poparzyć, ale nie tak aby stracić życie.

Coraz częściej czytam o ludziach, którzy w różnych okolicznościach tracą życie. Oczywiście nie mam tu na myśli okoliczności, których nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Ludzie, nie rozumiem dlaczego, sami narażają swoje życie na takie niebezpieczeństwa, które trudno jest przeżyć.

Życie, to najcenniejsze co mamy, czy narażanie się na jego utratę ma sens? 

Skoki: na bungee, ze spadochronem, na główkę do wody i tym podobne rozrywki powodują skok adrenaliny, w szczęśliwym zakończeniu, jednak czasami kończą się tragicznie. Dziś przeczytałam, że zginął kolejny człowiek skaczący ze spadochronem, który chwilę przed skokiem zrobił sobie zdjęcie. Trudno mi żałować ofiar takich wyczynów, oni sami siebie nie żałują, więc dlaczego ja mam żałować?

Jeśli ktoś rozpędza się samochodem do 200 km/h to chyba powinien się spodziewać, że coś może mu przeszkodzić i wyląduje np. na drzewie? Mój Ojciec był zawodowym kierowcą, za kółkiem przejeździł 40 lat, nie miał żadnego wypadku, nawet stłuczki. Można? Można.

Jeśli wspinasz się w górach powinieneś się liczyć z tym, że spadniesz. Góry są piękne ale również śmiertelnie niebezpieczne. Ludzie beztrosko wybierają się na szczyty, a ich beztroska wiele kosztuje służby ratownicze, które z narażeniem swojego życia spieszą z pomocą.

Ostatnio przeżyłam chwile grozy, bo palił się sąsiedni budynek i bałam się, że ogień może przenieść się na budynek, w którym mieszkam. Dwie godziny stałam w oknie i obserwowałam pracę strażaków z niepokojem myśląc czy już się ubierać i uciekać jak najdalej. Na szczęście strażacy ogień ugasili i słysząc, że nie ma już zagrożenia poszłam spać. Nie rozumiem natomiast ludzi, którzy biegną w stronę pożaru by zobaczyć jak się pali...

Podobnie ludzie zachowują się w sytuacjach przeróżnych katastrof - biegną zobaczyć. Pokazują później w telewizji, lub piszą w prasie jak zginęli przypadkowi gapie. Warto zobaczyć z bliska?

Sporo osób zginęło robiąc sobie selfie, czytałam o takich wypadkach wielokrotnie, zginąć dla zdjęcia? I jak tu żałować takich ofiar?

Pisałam już o bezmyślności, widocznie ciągle jeszcze za mało się o tym mówi i pisze. Ludzie zachowują się tak, jakby byli nieśmiertelni, po tylu doświadczeniach, o których się słyszy i czyta, to zadziwiające...

niedziela, 9 lipca 2017

Żarty z nieszczęścia

Przy takim temacie trudno pić kawkę, bo ciśnienie i tak skacze.

Jestem wesołą osobą, lubię żarty na różne tematy. Niektóre żarty są jednak niesmaczne, a nawet mocno bulwersujące. Mam na myśli żarty z przemocy, nieszczęścia czy śmierci.

Osoby,  które żartują z siebie, ze swoich niepowodzeń, chorób, orientacji seksualnych zdobywają sympatię tych, którzy taką postawę nazywają dystansem do siebie


Nikt się nie zastanawia nad tym, że dla takiej osoby, która żartuje z siebie, najczęściej przykro jest wzbudzać swoim nieszczęściem wesołość innych. Taka osoba chce być tylko akceptowaną, lubianą i w większości sytuacji taka strategia powoduje zamierzony skutek. Jednak gdy taka osoba jest sama, często przeżywa te salwy śmiechu i płacze...


Gdy otoczenie żartuje sobie z zachowań, które są przestępstwami karalnymi, a osoba, która takowych doświadczyła lecz tego nie ujawnia, z różnych powodów, odbiera je jako wyśmiewanie jej osobistych cierpień. Nie wybucha śmiechem z pozostałymi, gdyż jej to najzwyczajniej nie bawi. Nawet jeśli się uśmiecha, to ten uśmiech wiele ją kosztuje...

Mając wśród osób bliskich, czy znajomych, osobę, która jest alkoholikiem, trudno jest słuchać żartów na temat alkoholu i dobrze się przy nich bawić. Podobnie można się czuć słuchając żartów z chorób, które dotykają nas lub bliskich nam osób.


Spotykam się z opowiadanymi dowcipami z gwałtu czy przemocy domowej, opowiadanymi głównie przez mężczyzn, którzy takiej przemocy nie doświadczyli, a raczej byli jej sprawcami. Ostatnio pojawiło się również wiele dowcipów na temat pedofilii, ofiarom takich przestępstw na pewno nie jest do śmiechu gdy je słyszą. Mnie także, pomimo iż nie jestem ofiarą.


Wiele jest również dowcipów na temat znęcania się mężów nad żonami, czy to może być zabawne???


Gdy zwróci się uwagę osobie opowiadającej takie dowcipy, odpowiada natychmiast, zapewne nie zastanawiając się nawet, że to tylko takie żarty... Ciekawe, czy gdyby został zgwałcony lub pobity, to potrafiłby się z tego śmiać?

Wiele nieszczęśliwych wypadków wygląda śmiesznie i śmiejemy się z nich. Ktoś się potknie i przewróci, spadnie z krzesła, uderzy głową lub inną częścią ciała. Większość filmów komediowych opiera się na takich gagach

Pamiętam jak kiedyś byłam w kiepskim nastroju i poszłam do wypożyczalni video, chciałam wypożyczyć jakiś zabawny film. Zaproponowano mi dwa - Kim jest Harry Crumb? i Naga broń. Ubawiłam się oglądając te filmy, głównie ze scen jakie opisałam wcześniej. Ale życie to nie film.

Zauważyłam, że ostatnio pod postami na portalach społecznościowych, podających wiadomości o czyjejś chorobie, czy śmierci pojawiają się wyśmiewające komentarze. 

Dokąd zmierzają tacy żartownisie? Przypomnę tylko stare przysłowie - kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie. Tak się bowiem często zdarza, że osoby wyśmiewające innych, dotykane są podobnymi doświadczeniami.

piątek, 23 czerwca 2017

Godzina przed i dzień po

Kawka dobrze mnie nastraja na cały dzień. Czasem nie muszę jej pić w południe bo atmosfera w pracy wystarczająco podwyższa mi ciśnienie. Na szczęście, jeszcze, nie kupuje się jej na receptę ale biorąc pod uwagę ostatnie decyzje ustawodawców w moim kraju, to kto wie...

Właśnie kobiety w moim kraju zostały pozbawione antykoncepcji ratunkowej. Tak zwana pigułka dzień po została ustawowo dopuszczona do sprzedaży jedynie na receptę od lekarza.

Tym samym kobiety zostały zmuszone do rodzenia bez względu na to czy chcą czy nie. Jeśli zostaną zgwałcone - muszą urodzić dziecko oprawcy! Tak wygląda polityka prorodzinna w moim kraju. Mam nadzieję,że najpierw spotka to żony i córki naszych decydentów.

W kraju, gdzie większość dzieci jest wychowywane przez samotne matki, gdzie kobiety nawet w związkach małżeńskich są zmuszane do uprawiania seksu, gdzie nie walczy się z przemocą domową, gdzie już coraz częściej znajduje się noworodki w śmietnikach, bo nie ma możliwości skorzystania z aborcji, prezydent podpisuje taką ustawę! Zrobił sobie prezent na dzień ojca.

Mężczyźni za to, mają dostęp, bez recepty, do tabletek, tak zwanych godzinę przed, które powodują erekcję. Mogą gwałcić ze zdwojoną siłą. Kobiety pozostały bez szans.

To ma być wolność? Dla kogo? Takiego prześladowania kobiet w moim kraju nie było odkąd żyję, a jestem dojrzałą kobietą i wiele pamiętam. Jeśli rządzący myślą, że w ten sposób zachęcą kobiety do rodzenia dzieci, to gratuluję pomysłowości.

Udało się władzy skłócić ze sobą wszystkich. Prawicę z lewicą, katolików z ateistami, wreszcie kobiety z mężczyznami. Co będzie następne? Powybijamy się sami, nie potrzeba terrorystów.

Dzień ojca

Nie zawsze relacje z ojcem pozwalają na wspólne wypicie kawki, ja czasem miałam taką okazję ale znam osoby, które nawet nie chcą mieć takiej okazji...

Tak się składa, że w swoim życiu znałam więcej ojców, których nie interesowały ich dzieci, niż takich, którzy byli zaangażowani w wychowanie swoich pociech.

Kiedy kobieta zachodzi w ciążę, reakcja ojca dziecka nie zawsze jest pozytywna. Mam wrażenie, że mężczyźni chcą zostawić po sobie potomstwo ale nie chcą się  nim zajmować. Nie chcą tracić czasu na wychowywanie, skąpią środków na utrzymanie dziecka, po prostu nie chcą się angażować... Sama kobieta w ciąży już nie jest atrakcyjna dla partnera w większości przypadków.

Oczywiście zdarzają się wyjątki. Ojcowie, którzy korzystają z urlopów rodzicielskich czy wychowawczych ale, z reguły, ma to miejsce wtedy, gdy matka dziecka zarabia więcej niż ojciec i zwyczajnie nie opłaca się by pobierała 80% wynagrodzenia lub, w przypadku urlopu wychowawczego, nie pobierała go wcale.

Z moich obserwacji wynika, że większość dzieci ma ojców tylko w akcie urodzenia bo w ich życiu nie są obecni.

Wiele par rozstaje się zaraz po urodzeniu dziecka, a znam nawet takie, które rozstały się zanim dziecko się urodziło. Kobieta rozstaje się tylko z mężczyzną, dziecko zostaje przy niej do końca życia. Mężczyzna natomiast rozstaje się z kobietą i z dzieckiem.

To kobieta musi, tak musi, poświęcić całą resztę swojego życia na wychowanie dziecka. Całą resztę bo jej wysiłek nie dotyczy tylko okresu zanim dziecko stanie się dorosłe. W wielu przypadkach pomaga dziecku gdy założy swoją rodzinę, np. urodzi dziecko i, tradycyjnie, zostanie z nim sama...

Ojcowie, czasem, kupią dziecku zabawkę i uważają, że to utrzyma więź z dzieckiem, bo z wychowywaniem to nie ma nic wspólnego.

Najwygodniejsi tatusiowie zrywają z dziećmi wszelkie kontakty, tłumacząc się tym, że nie chcą mieć kontaktów z ich matkami, jakie to dojrzałe...

Kobiety, jeśli chodzi o opiekę nad dzieckiem są pod społeczną presją. Kobieta jeśli porzuci swoje dziecko to jest: potworem, suką (jest wiele obelżywych określeń), natomiast ojciec porzucający dziecko jest po prostu niedojrzały...
Nawet organa sądownicze nie ścigają ojców, którzy nie płacą alimentów na swoje dzieci, a w swoim sądowniczym slangu, kobiety ubiegające się o zasądzenie alimentów od ojców swoich dzieci nazywają alimenciarami - to podłe!
 
Zauważyłam także, że gdy pozostawione dzieci są dziewczynkami, to wyrastają z nich silne kobiety, natomiast jeśli pozostawieni są chłopcami, to albo są kompletnymi nieudacznikami, albo są zależni od swoich żon lub partnerek, bo nie potrafią samodzielnie podejmować decyzji.

Po takich rozważaniach aż się chce świętować...

wtorek, 6 czerwca 2017

Życie publiczne

Nawet jeśli poranną kawkę piję w samotności, to wychodząc do pracy włączam się do życia publicznego.

Począwszy od komunikacji publicznej, gdzie muszę się zmierzyć z hałaśliwymi pasażerami (drące się dzieci, młodzież głośno i wulgarnie rozprawiająca o swoich problemach) poprzez unoszący się zapach kebaba oraz innych aromatycznych potraw i napojów, często wstępnie przetrawionych (zwłaszcza rankiem), po korzystanie z przestrzeni publicznej oraz instytucji pożytku publicznego.

Kiedyś dzieci wychowywało się przekazując im sposoby zachowywania w różnych sytuacjach, zarówno w domu, jak i w szkole, na ulicy, w parku, w sklepie, w tramwaju czy autobusie.

Nie przypominam sobie żebym się darła na cały głos gdziekolwiek. Nawet gdy bawiłam się z dziećmi na podwórku, wiedziałam, że muszę iść do domu jeśli chcę coś powiedzieć Mamie, a nie drzeć się: Mamoooooooo!!! w nieskończoność, jak to dziś robią dzieci na osiedlach. Szczerze mówiąc szlag mnie trafia gdy całe dnie słyszę te nawoływania, zwłaszcza w weekend, kiedy chciałabym odpocząć.

Wiedziałam również, jako dziecko, że w tramwaju, autobusie czy sklepie nie prowadzi się głośnych dyskusji bo może to komuś przeszkadzać. Dziś nie tylko dzieci hałasują. Rozmowy telefoniczne w miejscach publicznych prowadzą ludzie tak głośno, żeby wszyscy wokół słyszeli. Dwadzieścia lat temu powodem zapewne było pochwaleniem się telefonem komórkowym, co jest powodem obecnie - nie mam pojęcia... 

Jeśli jestem w miejscu publicznym, w którym moja rozmowa przez telefon mogłaby komuś przeszkadzać, to odbieram telefon informując rozmówcę, że oddzwonię jak będę mogła rozmawiać.  Zdarza się, że ktoś, kto do mnie dzwoni ma coś pilnego do przekazania lub ma do mnie pytanie, na które muszę odpowiedzieć natychmiast, nie muszę odpowiadać jak najgłośniej... Naprawdę, rozmówca usłyszy mnie nawet gdy będę mówił cicho.

Zaśmiecone ulice, parki, wszelkie pojazdy komunikacji, świadczą o tym, że dzieci nie uczy się zachowań w miejscach publicznych. Nie rozumiem jak można rzucić jakikolwiek śmieć na ulicy, nawet jeśli nie ma kosza w pobliżu. Obecnie ludzie nie mają z tym problemu, kończy taka osoba jeść kebaba i papier wraz z serwetką rzuca za siebie albo wyrzuca przez okno samochodu. Kto takiego osobnika wychowywał? Ciekawe czy u siebie w domu też tak się zachowuje i brnie przez sterty papierów na podłodze.

Kolejne miejsce gdzie ludzie zachowują się gorzej niż zwierzęta to toalety publiczne. Każdy chciałby zastać toaletę publiczną czystą i pachnącą, dlaczego więc po sobie takiej nie zostawia? To takie trudne? Powtórzę się - w domu też tak robi?

Ludzi cechuje ostatnio totalny egoizm. Obserwuję to wszędzie. Kiedyś przyjęte było, że chodzi się prawą stroną chodnika by nie wpadać na ludzi idących w przeciwnym kierunku. Teraz ludzie chodzą we wszystkich kierunkach jednocześnie, wpadając na siebie wzajemnie i złorzecząc, bo pewnie tak jest łatwiej i przyjemniej.

Jeśli ktoś ma samochód, to najważniejsze, jest by miał gdzie zaparkować. Oczywiście jak najbliżej miejsca zamieszkania, pracy czy sklepu, do którego się wybiera. 
Gdy leje deszcz, to oczywiście kierowca samochodu nie zwraca uwagi na fontanny wody jakie rozbryzguje wokół zalewając od stóp do głów pieszych... Na niego się nie leje... A wystarczyłoby żeby zauważył, że nie jest sam na ulicy będącej przeważnie drogą publiczną.

Jestem kobietą, dosyć uporządkowaną, nie znoszę szukania, więc przeważnie wiem gdzie mam swoje rzeczy. Irytują mnie zatem kobiety, przez które tracę czas. Takie, które żeby zapłacić za cokolwiek muszą przeszukać całą torebkę aby znaleźć portfel, które przy wejściu do metra przewalają na wszystkie strony swoją torebkę po czytniku biletów aż załapie sygnał z biletu. Czy nie prościej jest wyjąć z przepastnej torebki bilet zanim podejdzie się do bramki? Nie tworzyłyby się korki przy wejściu.

Kolejny przejaw bezmyślnego egoizmu - rozmowy na środku chodnika w przejściach pomiędzy budynkami lub półkami sklepowymi. Czy to brak wyobraźni czy egoizmu?

Można by tak wymieniać bez końca...

Lubię obserwować zwierzęta, nie zauważyłam żeby tak sobie wzajemnie uprzykrzały życie jak ludzie. Może warto z nich wziąć przykład?

niedziela, 14 maja 2017

Psycholog czy psychopata?

Spotkanie z psychologiem nie odbywa się przy kawce ale z psychopatą zdarza się. Zainteresowałam się psychologią wiele lat temu, pochłonęłam wiele książek z tej dziedziny by zrozumieć ludzkie zachowania. Nie miałam zamiaru studiować tego kierunku, potraktowałam go jak hobby.

W ostatnich latach przybyło specjalistów w dziedzinie psychologii. Jest to bardzo modny, obok socjologii, kierunek studiów. Wykształceni w tym kierunku specjaliści uważają się za znawców ludzkiej psychiki i upoważnionych do kierowania życiem innych. Człowiek według tych specjalistów nie jest w stanie sam decydować o swoim życiu.

Kiedyś, gdy ktoś miał problem życiowy, rozmawiał z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi lub znajomymi. Teraz ludzie wzajemnie nie mają dla siebie czasu i chyba w związku z brakiem takich naturalnych doradców - udają się do specjalisty psychologa.

Psycholog problemu nie rozwiąże, przeprowadzi kilka mądrych testów, na podstawie których powie pacjentowi jaką ma osobowość, jakie ma wady, zalety, doprowadzi do głębszej depresji i w końcu wyśle do psychiatry po leki.

Według moich obserwacji psycholog przyjmujący pacjentów w przychodni, czy w swoim prywatnym gabinecie to mniejsze zło niż psycholog zatrudniony na innym stanowisku, wymagającym jedynie wyższego wykształcenia bez względu na ukończony kierunek studiów. 

Mam kilkoro takich znajomych i zauważyłam, że swoje umiejętności, zdobyte na studiach z psychologii wykorzystują w pracy nie zawsze w szczytnych celach. Skupiają się na manipulowaniu ludźmi, szukają w podległych służbowo współpracownikach słabych punktów by ich deprecjonować. 
Swoje wyuczone umiejętności stosują równie skutecznie w stosunku do swoich szefów. Doskonale potrafią się sprzedać by wynegocjować dla siebie wysokie stanowisko i wynagrodzenie. Nie muszą mieć merytorycznej wiedzy, wystarczy, że odpowiednio podadzą swoją wiedzę, sprawiając oczekiwane wrażenie. Brak kompetencji wychodzi najczęściej w sytuacjach kryzysowych.

Jedno, co mają zapewne wyuczone do perfekcji to okazywana pewność siebie. Nawet gdy nie mają odpowiednich kompetencji na zajmowanym stanowisku, to potrafią wykorzystać pracowników dla swojej chwały.

Gdy pracownik zorientuje się, że jest jedynie wykorzystywany, a sam nie ma takiej pewności siebie jak szef, pracuje dla chwały szefa popadając w depresję. Szefowie zazwyczaj są w takich przypadkach bardzo przyjacielscy dla takich wartościowych dla siebie pracowników. 
Czasami dadzą większą o kilka złotych premię, okażą zainteresowanie zdrowiem takiego pracownika, kłopotami rodzinnymi. Udając zainteresowanie poklepią po ramieniu, nawet podadzą chusteczkę do nosa w odpowiedniej chwili.

Jednak to tylko taka gra na emocjach, upewnienie pracownika, że zawsze może liczyć na zaprzyjaźnionego szefa, który nawet nie zająknie się by poniżyć pracownika dla swoich korzyści.

Pracuję już dość długo, miewałam różnych szefów, mam zatem skalę porównawczą i mogę na jej podstawie stwierdzić, że szef z wykształceniem psychologicznym to bardziej psychopata niż psycholog.

Tacy specjaliści od psychologii mogliby wykorzystać swoją wiedzę w dobrej wierze i np. zbudować zgrany zespół, w którym każdy mógłby się wykazać zdolnościami jakie posiada, na czym skorzystałby i szef i pracownicy. Niestety, łatwiej szefowi-psychologowi zbudować wrogie relacje miedzy pracownikami. 

Wiedza, niekoniecznie prawdziwa, o swoich pracownikach, dostarczona przez donosicieli, którzy chcą zabłysnąć przed szefem, pomaga mu w kierowaniu zespołem. To nie jest zdrowe i efektywne zarządzanie ludźmi.

Praca w ciągłym stresie, obawa przed najdrobniejszym błędem, który za chwilę dotrze do szefa pocztą pantoflową, nie może być efektywną. Pracownik wykonujący swoją pracę pod presją, nie będzie tak efektywny jak ten, który jest zrelaksowany i może jasno myśleć. Zdawałoby się, że szef-psycholog powinien to wiedzieć, a jednak tak nie jest...

Należałoby się zastanowić czy potrzeba nam tylu wykształconych psychologów, którzy bardziej są psychopatami...