wtorek, 6 czerwca 2017

Życie publiczne

Nawet jeśli poranną kawkę piję w samotności, to wychodząc do pracy włączam się do życia publicznego.

Począwszy od komunikacji publicznej, gdzie muszę się zmierzyć z hałaśliwymi pasażerami (drące się dzieci, młodzież głośno i wulgarnie rozprawiająca o swoich problemach) poprzez unoszący się zapach kebaba oraz innych aromatycznych potraw i napojów, często wstępnie przetrawionych (zwłaszcza rankiem), po korzystanie z przestrzeni publicznej oraz instytucji pożytku publicznego.

Kiedyś dzieci wychowywało się przekazując im sposoby zachowywania w różnych sytuacjach, zarówno w domu, jak i w szkole, na ulicy, w parku, w sklepie, w tramwaju czy autobusie.

Nie przypominam sobie żebym się darła na cały głos gdziekolwiek. Nawet gdy bawiłam się z dziećmi na podwórku, wiedziałam, że muszę iść do domu jeśli chcę coś powiedzieć Mamie, a nie drzeć się: Mamoooooooo!!! w nieskończoność, jak to dziś robią dzieci na osiedlach. Szczerze mówiąc szlag mnie trafia gdy całe dnie słyszę te nawoływania, zwłaszcza w weekend, kiedy chciałabym odpocząć.

Wiedziałam również, jako dziecko, że w tramwaju, autobusie czy sklepie nie prowadzi się głośnych dyskusji bo może to komuś przeszkadzać. Dziś nie tylko dzieci hałasują. Rozmowy telefoniczne w miejscach publicznych prowadzą ludzie tak głośno, żeby wszyscy wokół słyszeli. Dwadzieścia lat temu powodem zapewne było pochwaleniem się telefonem komórkowym, co jest powodem obecnie - nie mam pojęcia... 

Jeśli jestem w miejscu publicznym, w którym moja rozmowa przez telefon mogłaby komuś przeszkadzać, to odbieram telefon informując rozmówcę, że oddzwonię jak będę mogła rozmawiać.  Zdarza się, że ktoś, kto do mnie dzwoni ma coś pilnego do przekazania lub ma do mnie pytanie, na które muszę odpowiedzieć natychmiast, nie muszę odpowiadać jak najgłośniej... Naprawdę, rozmówca usłyszy mnie nawet gdy będę mówił cicho.

Zaśmiecone ulice, parki, wszelkie pojazdy komunikacji, świadczą o tym, że dzieci nie uczy się zachowań w miejscach publicznych. Nie rozumiem jak można rzucić jakikolwiek śmieć na ulicy, nawet jeśli nie ma kosza w pobliżu. Obecnie ludzie nie mają z tym problemu, kończy taka osoba jeść kebaba i papier wraz z serwetką rzuca za siebie albo wyrzuca przez okno samochodu. Kto takiego osobnika wychowywał? Ciekawe czy u siebie w domu też tak się zachowuje i brnie przez sterty papierów na podłodze.

Kolejne miejsce gdzie ludzie zachowują się gorzej niż zwierzęta to toalety publiczne. Każdy chciałby zastać toaletę publiczną czystą i pachnącą, dlaczego więc po sobie takiej nie zostawia? To takie trudne? Powtórzę się - w domu też tak robi?

Ludzi cechuje ostatnio totalny egoizm. Obserwuję to wszędzie. Kiedyś przyjęte było, że chodzi się prawą stroną chodnika by nie wpadać na ludzi idących w przeciwnym kierunku. Teraz ludzie chodzą we wszystkich kierunkach jednocześnie, wpadając na siebie wzajemnie i złorzecząc, bo pewnie tak jest łatwiej i przyjemniej.

Jeśli ktoś ma samochód, to najważniejsze, jest by miał gdzie zaparkować. Oczywiście jak najbliżej miejsca zamieszkania, pracy czy sklepu, do którego się wybiera. 
Gdy leje deszcz, to oczywiście kierowca samochodu nie zwraca uwagi na fontanny wody jakie rozbryzguje wokół zalewając od stóp do głów pieszych... Na niego się nie leje... A wystarczyłoby żeby zauważył, że nie jest sam na ulicy będącej przeważnie drogą publiczną.

Jestem kobietą, dosyć uporządkowaną, nie znoszę szukania, więc przeważnie wiem gdzie mam swoje rzeczy. Irytują mnie zatem kobiety, przez które tracę czas. Takie, które żeby zapłacić za cokolwiek muszą przeszukać całą torebkę aby znaleźć portfel, które przy wejściu do metra przewalają na wszystkie strony swoją torebkę po czytniku biletów aż załapie sygnał z biletu. Czy nie prościej jest wyjąć z przepastnej torebki bilet zanim podejdzie się do bramki? Nie tworzyłyby się korki przy wejściu.

Kolejny przejaw bezmyślnego egoizmu - rozmowy na środku chodnika w przejściach pomiędzy budynkami lub półkami sklepowymi. Czy to brak wyobraźni czy egoizmu?

Można by tak wymieniać bez końca...

Lubię obserwować zwierzęta, nie zauważyłam żeby tak sobie wzajemnie uprzykrzały życie jak ludzie. Może warto z nich wziąć przykład?

niedziela, 14 maja 2017

Psycholog czy psychopata?

Spotkanie z psychologiem nie odbywa się przy kawce ale z psychopatą zdarza się. Zainteresowałam się psychologią wiele lat temu, pochłonęłam wiele książek z tej dziedziny by zrozumieć ludzkie zachowania. Nie miałam zamiaru studiować tego kierunku, potraktowałam go jak hobby.

W ostatnich latach przybyło specjalistów w dziedzinie psychologii. Jest to bardzo modny, obok socjologii, kierunek studiów. Wykształceni w tym kierunku specjaliści uważają się za znawców ludzkiej psychiki i upoważnionych do kierowania życiem innych. Człowiek według tych specjalistów nie jest w stanie sam decydować o swoim życiu.

Kiedyś, gdy ktoś miał problem życiowy, rozmawiał z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi lub znajomymi. Teraz ludzie wzajemnie nie mają dla siebie czasu i chyba w związku z brakiem takich naturalnych doradców - udają się do specjalisty psychologa.

Psycholog problemu nie rozwiąże, przeprowadzi kilka mądrych testów, na podstawie których powie pacjentowi jaką ma osobowość, jakie ma wady, zalety, doprowadzi do głębszej depresji i w końcu wyśle do psychiatry po leki.

Według moich obserwacji psycholog przyjmujący pacjentów w przychodni, czy w swoim prywatnym gabinecie to mniejsze zło niż psycholog zatrudniony na innym stanowisku, wymagającym jedynie wyższego wykształcenia bez względu na ukończony kierunek studiów. 

Mam kilkoro takich znajomych i zauważyłam, że swoje umiejętności, zdobyte na studiach z psychologii wykorzystują w pracy nie zawsze w szczytnych celach. Skupiają się na manipulowaniu ludźmi, szukają w podległych służbowo współpracownikach słabych punktów by ich deprecjonować. 
Swoje wyuczone umiejętności stosują równie skutecznie w stosunku do swoich szefów. Doskonale potrafią się sprzedać by wynegocjować dla siebie wysokie stanowisko i wynagrodzenie. Nie muszą mieć merytorycznej wiedzy, wystarczy, że odpowiednio podadzą swoją wiedzę, sprawiając oczekiwane wrażenie. Brak kompetencji wychodzi najczęściej w sytuacjach kryzysowych.

Jedno, co mają zapewne wyuczone do perfekcji to okazywana pewność siebie. Nawet gdy nie mają odpowiednich kompetencji na zajmowanym stanowisku, to potrafią wykorzystać pracowników dla swojej chwały.

Gdy pracownik zorientuje się, że jest jedynie wykorzystywany, a sam nie ma takiej pewności siebie jak szef, pracuje dla chwały szefa popadając w depresję. Szefowie zazwyczaj są w takich przypadkach bardzo przyjacielscy dla takich wartościowych dla siebie pracowników. 
Czasami dadzą większą o kilka złotych premię, okażą zainteresowanie zdrowiem takiego pracownika, kłopotami rodzinnymi. Udając zainteresowanie poklepią po ramieniu, nawet podadzą chusteczkę do nosa w odpowiedniej chwili.

Jednak to tylko taka gra na emocjach, upewnienie pracownika, że zawsze może liczyć na zaprzyjaźnionego szefa, który nawet nie zająknie się by poniżyć pracownika dla swoich korzyści.

Pracuję już dość długo, miewałam różnych szefów, mam zatem skalę porównawczą i mogę na jej podstawie stwierdzić, że szef z wykształceniem psychologicznym to bardziej psychopata niż psycholog.

Tacy specjaliści od psychologii mogliby wykorzystać swoją wiedzę w dobrej wierze i np. zbudować zgrany zespół, w którym każdy mógłby się wykazać zdolnościami jakie posiada, na czym skorzystałby i szef i pracownicy. Niestety, łatwiej szefowi-psychologowi zbudować wrogie relacje miedzy pracownikami. 

Wiedza, niekoniecznie prawdziwa, o swoich pracownikach, dostarczona przez donosicieli, którzy chcą zabłysnąć przed szefem, pomaga mu w kierowaniu zespołem. To nie jest zdrowe i efektywne zarządzanie ludźmi.

Praca w ciągłym stresie, obawa przed najdrobniejszym błędem, który za chwilę dotrze do szefa pocztą pantoflową, nie może być efektywną. Pracownik wykonujący swoją pracę pod presją, nie będzie tak efektywny jak ten, który jest zrelaksowany i może jasno myśleć. Zdawałoby się, że szef-psycholog powinien to wiedzieć, a jednak tak nie jest...

Należałoby się zastanowić czy potrzeba nam tylu wykształconych psychologów, którzy bardziej są psychopatami...

sobota, 29 kwietnia 2017

Książki w niełasce

Książka, kawka i, często, papieros do kompletu, to obrazek, na którym wielu z nas mogłoby się znaleźć... w latach 60', 70', 80', a nawet 90'. Telewizja, komputery i internet zmieniły ten obrazek w dzisiejszym świecie. Dzisiaj to bubble tea albo latte, smartphone i e-papieros.

Codziennie słyszę jak spada w moim kraju czytelnictwo, jak wielki procent populacji w ubiegłym roku nie przeczytało żadnej książki i jaka, w związku z tym, jest to tragedia. Chyba ci zagorzali czytelnicy nie znają znaczenia słowa tragedia. A będąc tak oczytanym, raczej powinni znać.

Mam znajomą, która pochłania treści książek słuchając audiobooków i chwali się na Facebooku ilością przeczytanych książek. Przepraszam ale słuchanie to nie to samo co czytanie. Mogę w takim razie powiedzieć, że przeczytałam codzienną prasę bo wysłuchałam wiadomości w radio lub obejrzałam w telewizji. Podchodząc w ten sposób mogę również powiedzieć, że przeczytałam Harrego Pottera, bo obejrzałam wszystkie sfilmowane książki.

Lubię czytać książki, kiedyś czytałam codziennie. Podkreślę - kiedyś. Były wtedy trzy programy w radio, dwa programy w telewizji, nie wszyscy mieli telefony więc kontakt z ludźmi był również ograniczony, a co za tym idzie - mieliśmy dużo więcej czasu, który trzeba było czymś wypełnić. Dziś każdy ma dostęp do różnych treści w telefonie, który działa jak łącznik ze światem. Zamiast czytać wymyślone przez autorów historie, wolę poczytać o tym, co realnie dzieje się na świecie. Czy to oznacza, że nie czytam???

Określanie inteligencji ludzi po ilości przeczytanych książek to bzdura. Znam osoby, które niemal zaczytują się do nieprzytomności, a nie potrafią się poprawnie wysłowić.

Znałam kobietę, której mieszkanie do połowy wypełnione było książkami. Sama wyrażała się językiem z błędami kłującymi w uszy, a gdy ktoś w jej obecności użył słowa, którego nie znała, obrażała się lub kłóciła się z nim, bo nie rozumiała co się do niej mówi. 

Takich przykładów znam wiele więc teza o inteligencji wynikającej z czytania książek nie przekonuje mnie.

Wydaje mi się, że promowanie czytelnictwa wynika z ogromu zalegających książek na półkach księgarni i w magazynach wydawnictw. Coraz więcej ludzi pisze książki, a coraz mniej jest chętnych do czytania. Może warto nad tym pomyśleć, że druk na papierze, to w obecnym świecie jest przeżytkiem. 

Pojawiły się czytniki e-booków, które zajmują mniej miejsca, można nosić przy sobie i w każdej chwili poczytać. Nie wiem czy statystyki czytelnictwa obejmują tę formę, biorąc pod uwagę ochronę środowiska, myślę, że wydawanie książek będzie podążało raczej w tym kierunku.

Audiobooki to także wygodne rozwiązanie, można słuchać książki i np. pracować w tym czasie, tak, jak słucha się muzyki.

Narzucanie czytelnictwa, w sposób, który obserwuję, powoduje odwrotny skutek - zniechęcenia. Obrażanie ludzi, którzy nie czytają książek, mówiąc, że czytelnicy są mądrzejsi nie przekona do czytania. Tak samo jak przekonywanie, że czytelnictwo pobudza wyobraźnię. Autorzy książek raczej tę wyobraźnię mieli zanim cokolwiek napisali, przedstawili swoją wyobraźnię w książce... więc to według mnie słaby argument.

Wśród ludzi myślących samodzielnie, czytelnictwo nie spowoduje zmiany poglądów. Dostęp do informacji w obecnym czasie dostarcza zarówno tematów do przemyśleń, dyskusji, a także inspiracji.

Nie jestem wrogiem książek, jestem natomiast przeciwko zmuszaniu do czegokolwiek. Lubię słuchać muzyki, wręcz jestem od tego uzależniona ale nie zmuszam nikogo do słuchania tego, co sama preferuję. Wkładam słuchawki, by nie przeszkadzać innym. Gości pytam czy mogę włączyć muzykę gdy przyjdą do mnie w odwiedziny.

Czytelnikom radzę odróżnić dwa słowa: zachęcić i zmusić. Niech pozwolą podjąć samodzielną decyzję.

Przytoczę swoją historię, jak przekonałam swojego męża do czytania. Otóż siedziałam sobie na kanapie i czytałam Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej. Jest to komedia kryminalna. Mój mąż był zajęty kładzeniem tynku na remontowanej ścianie w kuchni. 
Podczas czytania co chwilę wybuchałam śmiechem. Czego on zupełnie nie rozumiał.
- Jak można tak się śmiać z tego co się czyta? - pytał.
Powiedziałam mu, że mogę przeczytać co mnie tak śmieszy. Zaczęłam mu czytać tę książkę, śmiał się razem ze mną. Zrobiło się późno, więc przerwałam w pewnym momencie czytanie i poszłam spać. On natomiast, do rana czytał, aż skończył te książkę. 

Od tej książki zaczął intensywne czytanie wszystkich książek jakie miałam, później zaczął wypożyczać książki z biblioteki. Nie musiałam wypowiedzieć ani słowa zachęcającego go do czytania. Czy stał się bardziej inteligentny od tego czytania? Nie wydaje mi się...

Obserwuję natomiast jak zmuszając do czytania można skutecznie zniechęcić. Zaczyna się już w szkole podstawowej - lektura obowiązkowa. Sama nazwa powoduje bunt. Czy nie lepiej byłoby podać problem, o którym chce się podyskutować na lekcji, proponując zapoznanie się z nim w różnych źródłach? Każdy uczeń poszukałby sobie lektury, w której znajdzie proponowany temat i podzieliłby się swoim znaleziskiem z resztą klasy.

Ciekawość świata, to powinno się rozbudzać w dzieciach, by miały chęci do nauki, a nie zmuszać do czytania.

Znam kobietę, która uwielbia czytać, do tego stopnia, że od 15 lat nie może znaleźć pracy, będąc z zawodu księgową. Siedzi sobie taka bezrobotna w domu i czyta. Nie ma z czego się utrzymać, pomagają jej sędziwi rodzice którzy nauczyli ją czytać. Ciekawe co zrobi, gdy tych rodziców zabraknie, chyba zaczyta się na śmierć...

Drodzy czytelnicy, dziękuję Wam bardzo, że pomimo tylu treści w internecie zaglądacie do moich postów. Staram się poruszać różne tematy. Takie, które mnie nurtują, obok których nie mogę przejść obojętnie, które mnie inspirują i wzbudzają emocje, zarówno pozytywne, jak i negatywne.

Moje publikacje nie niszczą lasów, zajmują pamięć na serwerze. Zamierzałam wydać je kiedyś w formie książki, dziś widzę jaki to głupi pomysł.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Podróbki

Kawa zbożowa, to taka podróbka naturalnej kawki. Nigdy mi nie smakowała. Nie kupuję kawki z nieznanych źródeł, więc mam pewność, że jest prawdziwa. Podobnie z innymi produktami.

W latach 70' i 80' można było w moim kraju kupić np. wyroby czekoladopodobne, okropne w smaku. Pojawił się również materiał imitujący oryginalny jeans i wiele innych produktów przypominających oryginalne wyroby nie mających wiele wspólnego z oryginałami. Miałam nadzieję, że obecnie, gdy jest powszechny dostęp do oryginałów, takich podróbek już nie będzie w sprzedaży, niestety, myliłam się.

Wczoraj oglądałam program o świetnie rozwiniętym przemyśle podróbek perfum. Osobiście nie kupuję, chociaż są sprzedawane po bardzo atrakcyjnych, niskich cenach, jak to podróbki.

Towary tak zwane luksusowe, są podrabiane i sprzedawane po dużo niższych cenach niż oryginały. Ludzie, których nie stać na kupienie oryginału chcą poczuć tę odrobinę luksusu i kupują podróbki.

Producenci oryginalnych towarów zdają sobie sprawę z rynku podróbek i swoje wyroby starają się wyróżniać: swoim logo, odpowiednio je pakując, używając zabezpieczeń. Producenci podróbek starają się jak najwierniej odtwarzać oryginały, korzystają jednak z najtańszych materiałów, więc jakość podróbek znacznie odbiega od jakości oryginałów.

Zapach podrobionych perfum utrzymuje się 2-3 godziny, a nie jak oryginału nawet 24 godziny. Podobnie jest z jakością podróbek butów, odzieży, czy torebek. Niskiej jakości materiały wytrzymują często tylko jedno pranie, a buty rozpadają się po kilku spacerach, nie zniechęca to, niestety, nabywców takich towarów.

Nie zawsze cena jest zaletą. Kupuję często korzystając z obniżek cen na sezonowych wyprzedażach. To sposób zaopatrzenia się w oryginalne towary po przystępnych cenach. Mam pewność, że oryginalne wyroby długo mi posłużą, a nie muszę mieć wszystkich nowości modowych.

Znam osoby, które są skłonne pojechać nawet za granicę, by tanio kupić podróbkę torebki znanej marki i nie są to osoby o skromnych dochodach. Pamiętam także jedną z naszych parlamentarzystek, która pokazywała się z podróbką torebki znanej marki, to żałosne.

Oczywiście zdarzają się przypadki nieświadomego zakupu jakiejś podróbki. Może to mieć miejsce podczas zakupów przez internet. Zawłaszcza wtedy, gdy kupuje się w nieznanym sklepie, który zachęci niska ceną. Mnie wtedy zapala się czerwona lampka podejrzliwości i wnikliwie sprawdzam taki sklep ale wiem też, że dużo osób nabiera się na takie niskocenowe oferty.

Nie chcę by na mnie zarabiali twórcy podróbek, to zwykłe złodziejstwo. Kradną pomysły firm, które zatrudniają projektantów, zarówno wyrobów jak i opakowań, prowadzą badania jakości, płacą za patenty i przede wszystkim PŁACĄ PODATKI. Producenci podróbek to czarny rynek. Nie mam zamiaru tego wspierać.

Wiadomo, że większość fasonów ubrań, butów, torebek jest podobna. Jedni producenci podglądają innych. Każdy twórca jednak chce stworzyć coś, co będzie się wyróżniać, co sprawi, że jego dzieło będzie jedyne i niepowtarzalne, oryginalne.

Nie jestem osobą, która na siłę chce się wyróżniać. Nie lubię jednak gdy np. moda narzuca mi sposób w jaki mam się ubierać. Najbardziej cenię sobie wygodę, dlatego nie noszę szpilek, wole sportowe buty. Nie noszę torebek by mieć wolne ręce tylko plecak. Wolę kurtkę z kapturem bo nie lubię nosić parasolki.

Cenię twórców za ich pomysłowość, sama także jestem pomysłową osobą i wiem jak to jest gdy ktoś przypisuje sobie mój pomysł i na tym zarabia. Wokół jest wielu takich cwaniaków, którzy potrafią tylko wymyślić jak okraść drugiego człowieka.

Artyści w większości nie myślą o zabezpieczeniu swoich praw autorskich, ani o uzyskaniu odszkodowania za to, że ktoś podrabia ich wyroby. To z reguły delikatni i wrażliwi ludzie, rzadko myślą o patentach. 

Jeśli firma jest już uznana na rynku, produkuje drogie, luksusowe wyroby, ma zapewne i sztab prawników dbających o ich interesy. Nie są to jednak firmy istniejące rok czy dwa. Wypracowanie uznania rynku nie jest tak łatwe jak wyprodukowanie podróbki, trwa wiele lat i wymaga ciężkiej pracy. Świństwem więc jest kopiowanie takich wyrobów, wytwarzanie ich w dużo niższej jakości i sprzedawanie bez opodatkowania.

Należy się zatem zastanowić, przed kupieniem podróbki za niższą cenę, czy sami chcielibyśmy być w taki sposób okradzeni.

sobota, 18 marca 2017

Zemsta

Kawkę lubię gorącą, a zemsta, podobno, najlepiej smakuje na zimno.

 Jest także, wg George'a Orwela - aktem wynikającym z bezsilności, który znika wraz ze zniknięciem poczucia bezsilności. 

Możliwe. Zaobserwowałam jednak, że niektórzy nie pozbywają się chęci zemsty nigdy. Pielęgnują tę chęć, rozwijają, napawają się samą myślą, że odegrają się na kimś, kto wyrządził im krzywdę. Tworzą czasem zawiłą intrygę, która ma sprawić, że osoba lub osoby, na których taki mściciel chce się zemścić, będą cierpiały przynajmniej równie mocno jak on, a nawet bardziej.

Każdy kiedyś pałał żądzą zemsty, sama niejednokrotnie miałam takie zamiary. Doświadczenia życiowe, które zbieram od najmłodszych lat, nauczyły mnie, że nie warto się mścić. Życie często odpłaca za nas osobom, które nas skrzywdzą i nie warto brudzić sobie rąk zemstą. Wystarczy uzbroić się w cierpliwość.

Najczęściej chęcią zemsty pałają porzuceni kochankowie. Obserwuję jak kobiety i mężczyźni, po rozstaniu z partnerem, który znalazł sobie inny obiekt uczuć, układają misterny plan zemsty. To złe podejście. Poczucie własnej wartości, w takiej sytuacji, mówi mi w takiej sytuacji: nie wie co traci.

Historie wojen o kobiety zostały opisane w wielu dziełach literackich. Niektóre z nich zostały sfilmowane. W takich wojnach ginęło wiele ludzi, co było zupełnie bez sensu.

W moim kraju niedawno zmienił się rząd. Niestety, wiele osób wchodzących w jego skład, zdaje się realizować program zemsty na poprzednikach. Nie wychodzi na tym dobrze ani mój kraj, ani większość jego obywateli. Zaciekłość mścicieli zdaje się przybierać na sile z każdym dniem, co mnie przeraża. Strach pomyśleć do czego doprowadzi rozwój takiej sytuacji. 

Nie chciałabym, by w moim kraju, gdzie ostatnio szerzy się nienawiść do tak zwanego gorszego sortu, ludzi nie podzielających przekonań partii rządzącej, o odmiennym światopoglądzie, doszło do wojny domowej.

Posłużę się cytatem z Williama Shakespeare'a: wiele można zdziałać nienawiścią, a jeszcze więcej miłością.

środa, 22 lutego 2017

Surowo wzbronione

Picie kawki jeszcze nie jest zabronione w moim kraju. Piętrzą się jednak ostatnio zakazy dotyczące coraz większej ilości dziedzin życia, więc nie wiadomo kiedy taki zakaz może wpaść do głowy ekipie rządzącej.

W 1989 roku, podobno, mój kraj odzyskał wolność obalając komunizm. W 2015 roku, obywatele zachęceni zasiłkiem na każde dziecko, którzy poszli na wybory, zdecydowali, że chcą powrotu systemu komunistycznego.  

Po wyborach, szybko okazało się, że zasiłek nie będzie na każde dziecko ale mleko się rozlało...

Zaczęły natomiast pojawiać się pomysły na przeróżne zakazy. Zaczęto od zakazów dla kobiet (o ironio! szefowa rządu jest kobietą!). Blisko było wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji, a więc zmuszeniu kobiet do urodzenia każdego spłodzonego dziecka bez względu na to, czy kobieta jest to w stanie przeżyć, czy nie. Bez względu na stan mającego się urodzić dziecka, zmuszając kobiety do rodzenia zdeformowanych płodów, dzieci z gwałtów, skazując kobiety na mękę i śmierć. Fala protestów skłoniła rząd do wycofania się z tego pomysłu.

Rząd jednak nie całkiem się wycofał z ograniczenia wolności dla kobiet, właśnie uchwalono ustawę zakazującą sprzedaży, bez recepty, tak zwanej tabletki dzień po, która ratuje przed niechcianą ciążą.

Wszystko to z troski o rodziny...

Coraz częściej pojawiają się informacje o porzuconych noworodkach, niektórym udaje się przeżyć. Na pewno będą szczęśliwymi, dorastając w domach dziecka,  będą wdzięczni za ocalenie obecnemu rządowi, nie znając swoich matek, które nie miały wyboru. Nie chcę być złym prorokiem, ale takie przypadki będą się zdarzać coraz częściej.

Zakaz handlu w niedzielę, to też jeden z pomysłów. W niedzielę trzeba iść do kościoła i dać na tacę, a nie a zakupy, bez względu na to czy masz kiedy je zrobić, czy nie. Podaż jest odpowiedzią na popyt. Gdyby ludzie nie robili zakupów w niedzielę, sklepy nie byłyby otwarte ale kierują się zapewne badaniem rynku i skoro jest taka potrzeba handlowcy ją zaspokajają. 
Argumenty mówiące o tym, że obsługa sklepów pracuje siedem dni w tygodniu do mnie nie przemawiają. Kodeks pracy dokładnie określa jakie przerwy w pracy powinien mieć każdy pracownik. Z tego co wiem Państwowa Inspekcja Pracy bardzo często kontroluje czas pracy i nakłada wysokie kary na pracodawców, którzy tych przepisów nie przestrzegają. 

Kolejny, to zakaz słuchania muzyki podczas jazdy na rowerze. Chyba dlatego, by słyszeć sygnały kolumny rządowej, która ma zamiar nas wyprzedzić łamiąc przepisy. Z tego samego powodu, być może, zabroni się także noszenia okularów przeciwsłonecznych, bo można nie zauważyć świateł sygnalizacyjnych takiej kolumny. 

Jakoś nie przekonuje mnie, że wprowadzenie tego zakazu zwiększy bezpieczeństwo rowerzystów. Nie jeżdżę na rowerze, za to uprawiam nordic walking, wyłącznie ze słuchawkami. Po pierwsze nie mam ochoty słuchać hałasu ulicy, a po drugie łatwiej mi odebrać telefon nie przerywając marszu. Mnie też zabronią?

Wspomnę jeszcze o zakazie wypowiadania się w negatywny, czy dowcipny sposób o dokonaniach obecnego rządu. Formalnie taki zakaz nie został wydany, jednak słyszałam i czytałam o wyciąganiu konsekwencji wobec osób, które robią sobie żarty z ostatniej katastrofy rządowej limuzyny.
Trudno nie robić sobie żartów skoro osoby odpowiedzialne w naszym kraju za ochronę VIP-ów nie podchodzą poważnie do swoich obowiązków. 

Tak mi się skojarzyło - w filmie Ostatni dzwonek, Jacek Wójcicki śpiewa w mistrzowski sposób tekst Obwieszczenia Rady Państwa o stanie wojennym. Mam nadzieję, że nie dojdzie ponownie do wydania takich dekretów, ale pewności mieć nie można.

wtorek, 21 lutego 2017

Samodzielne myślenie

Kawka działa pobudzająco, nie tylko do działania, także do myślenia.

Grupy trzymające władzę, we wszystkich krajach, kształtują myślenie swoich wyborców. Sugerują co należy uważać za właściwe, a co nie. Bez względu na wartości jakie dla ogółu są najlepsze, podają swoje wytyczne w taki sposób, by ludzie myśleli, że to ich wybór i większość ludzi tak właśnie myśli.

O ile władza ustawodawcza i wykonawcza, w swoich obietnicach, mniej lub bardziej trzyma się realiów, o tyle władze kościelne, od zarania dziejów, kształtują umysły ludzkie bazując na niestworzonych wymysłach. W obu przypadkach najważniejsze jest tak ukształtować ludzkie umysły, by myślały w określony sposób, sprzyjający korzyściom rządzących.

Wierzący w cuda, są zdolni oddawać swoje zarobione pieniądze w zamian za obietnice zbawienia (cokolwiek to znaczy), natomiast wierzący w obietnice dotyczące lepszego życia (cokolwiek to znaczy), oddają swoje głosy w wyborach, co skutkuje oddaniem władzy w ręce tym, którzy obiecają najwięcej korzyści.

Dostęp do wiedzy, również kontrolowany dotychczas, powoli wymyka się spod kontroli. Dzięki popularno-naukowym programom w telewizji oraz dostępie do informacji w internecie, coraz więcej ludzi zaczyna się zastanawiać w co i komu tak naprawdę wierzyć. Dowodzą temu organizowane coraz częściej demonstracje ludzi niezadowolonych z decyzji podejmowanych przez rządy. Jeszcze ludzie nie demonstrują przeciwko kościołowi, choć to zapewne wkrótce nastąpi.

Władza upada zazwyczaj wtedy, gdy jej bezczelność sięgnie zenitu. Obserwowałam to już w swoim życiu, w tej chwili widzę jak galopuje w tym kierunku. Zastanawiam się tylko jak długo to potrwa. Chyba jeszcze za mało ludziom zabrali - władza i kościół.

Ile jeszcze musi minąć czasu, by większość zaczęła samodzielnie i logicznie myśleć? Trudność polega na tym, że nikt, nigdzie tego nie uczy. 

Od najwcześniejszych lat nasze myślenie musi być komuś podporządkowane. Najpierw musimy myśleć tak, jak nasi rodzice, później dochodzą wymagania nauczycieli, kościoła, następnie pracodawcy i rządu. 

Jest zatem w życiu człowieka czas ma samodzielne myślenie?
Gdy nie myślimy tak, jak rodzice - jesteśmy wyrodnymi dziećmi. 
Gdy nie myślimy tak, jak nauczyciele - nie skończymy żadnej szkoły, bo od tego uzależnione są oceny. 
Gdy nie myślimy tak, jak pracodawca - stracimy pracę, a zatem źródło utrzymania, to wielkie ryzyko. 
Wyrażanie odmiennego zdania niż ma rząd, to także ryzyko, znam konsekwencje, jakie ponieśli na przestrzeni lat ci, którzy buntowali się przeciwko rządom.

W chwili obecnej jeszcze można mieć odmienne zdanie niż kościół, nie wiadomo tylko jak długo. Myślę, że do płonących stosów już nie wrócimy, ale całkiem pewna nie jestem obserwując nienawiść w katolickich oczach.

Poznając wytyczne nowego programu nauczania, który ma być wdrożony już w tym roku jestem przerażona poziomem, zakresem i właśnie wskazaniami sposobu myślenia dla dzieci i młodych ludzi. 
Mam nadzieję, że będą się dokształcać we własnym zakresie, jak ja, w czasach komuny. 
Oby tylko rodzice nie zabronili im samodzielnie myśleć.